I to wcale nie jest żart. Ani jeden z przymiotników w tytule nie pojawił się przypadkowo. Ani trochę nie jest przesadzony.

Poczynając od końca. Że niby nie powinienem wsadzać nosa w nieswoje ogrodzenie? Nie jestem podejrzliwy, jak zwierzydła i kiedy wsadzam gdzieś nos, to jest to nos, choć wsadzony to jednak wyciągnięty: ufnie, przyjacielsko, zapoznawczo. Przecież łapy nie będę wyciągał, nie jestem dziwadłem. Na napaść nie zasłużyłem.  Niespodziewana właściwie z tego samego powodu — moja otwartość i ufność została nadwyrężona i rozważam bycie podejrzliwym. Dalej: zdradliwa, bo ze strony własnego gatunku doznać zbrukania tak pokojowego wyciągniętego nosa to rzecz niespotykana. I stąd „podłość” – afront to niewybaczalny: z zębami na miękki, wrażliwy i całkiem pokojowy nos napadać!? A gdzie elementarna gościnność?

Nowi

Prawie po sąsiedzku, prawie, bo styczny jedynie punktowo, z tyłu, ale jednak ogród w ogród, stał sobie pusty dom. Do kupienia był, ale nikt go nie chciał. Aż w końcu pojawili się tam ludzie. Zanim zaczęli remonty to dali się poznać okolicy. Nie, nie chodzili po sąsiadach z uśmiechem i “dzień dobry” na ustach i nie przedstawiali się. Po prostu darli gęby przy piwie i grillu. Mimo to dostali ode mnie kredyt zaufania, bo założyłem, że ludzie wyrwali się z jakiegoś bloku i zachłysnęli własnym domem, ogrodem, swobodą. Przywykną i uspokoją się — myślałem i przekonywałem zirytowaną masurianę. Minęły ponad dwa lata. Nadal nie przywykli.

Bracia to moi przecież. Słyszałem ich wielokrotnie. Wiem, że cierpią, że mają problemy, że nie są szczęśliwi. Dlatego im wybaczam. Moja wielkoduszność jest jeszcze większa niż ja sam.

Przechodząc z Joszkiem sąsiednią ulicą, czyli od frontu domu tychże sąsiadów, zazwyczaj idę chodnikiem po drugiej stronie. Dla świętego spokoju, bo przy ogrodzeniu jest kojec, w którym awanturują się dwa psy. Słyszymy często, jak szczekają na coś, na kogoś, jak się nakręcają i gryzą (a przynajmniej tak to brzmi) między sobą. Kiedy przechodziłem blisko, to Joszko czasami potrafił wdać się z nimi w pyskówkę. I stąd moja decyzja o omijaniu ich z daleka. Tym razem ja szedłem z Irgą, a z Joszkiem szła masuriana. Zdecydowała się nie zmieniać strony drogi. Zanim zaczęła się awantura, Joszko wsadził w ogrodzenie pysk. Robił tak często w różnych okolicznościach i miejscach. Ciekawość i — jak mi się wydawało — refleks. Tym razem refleks zawiódł. Usłyszałem pisk i krzyk masuriany:

-Puść go!

Doskoczyłem i pomogłem odciągnąć od ogrodzenia wzburzonego teraz psa. Nie wiedziałem właściwie, co się konkretnie stało, a nawet tego, kto piszczał. Z pyska Joszka na trawę pociekło nieco krwi. Okazało się, że jeden z psów z kojca w zamieszaniu chwycił Joszka za nos i skutecznie zranił. Cóż, trudno winić psa. Raczej my byliśmy nieprzewidujący.

Bolało, więc pisnąłem. Dziwi was to?

Historia wspinaczki

Sąsiedzi ci przez kolejne tygodnie i miesiące ciężko pracowali na to, abym mandat zaufania, którym ich obdarzyłem, zmełł i wyrzucił. Tak też w końcu uczyniłem, a teraz, ze względu na Joszka to już zacząłem im szykować miejsce na podium dla nielubianych sąsiadów. Podium jest prawie puste, więc ta wspinaczka powinna im pójść łatwo.

Przypomniałem sobie wszystkie pojedyncze wpadki, jedna po drugiej puszczane w zapomnienie. W myśl zasady: “żyj i pozwól żyć innym”. Zaczęło się już w czasie remontów, kiedy bywali w tym domu tylko z doskoku, nie nocowali. Zostawiali jednak na podwórku małego pieska, kundelka, który nie nawykły chyba do samotności i koczowania poza domem, szczekał, piszczał i wył. Na tyle często i intensywnie, że rozważaliśmy wezwanie jakichś służb, bo szkoda nam go było. Nie zrobiliśmy tego i może to też był błąd, bo kiedy się wprowadzili, to pieskowi wiele lepiej nie było.

Któregoś razu widziałem, jak w czasie prac remontowych przy elewacji, połączonych z grillowaniem i piwowaniem, pieskowi dostał się kopniak. Taki do niechcenia, bez widocznej przyczyny. Kopniak zapodany przez panią, nie, co ja mówię, jakąż panią? Przez pindę głupią, babsztyla porozumiewającego się z otoczeniem z wplecioną w każde zdanie “kurwą” lub innym “jebaniem”*. Nie znoszę wulgarnych kobiet. Nawet za płotem, czy dwoma. Dama ta, idąc, kopnęła własnego psa. Bo tak, bo czemu nie? Przecież nie zabiła. W tej sytuacji jak tu się dziwić, że dwa inne psy zamknięte w kojcu są agresywne. Nie wiemy, czego doświadczyły, mało mieliśmy okazji ich obserwować. Słyszymy tylko efekty, kiedy psy nakręcają się na siebie nawzajem. Te dźwięki też nasuwały nam myśl o zawiadomieniu TOZ.

Przypomniałem sobie też o rozpalonym obok drewnianego płotu wielkim, podlanym benzyną ognisku pozostawionym bez opieki. To ja się tym przejąłem i doglądałem, czy nie będzie z tego pożaru. Oni nie. Tyle wspomnień. A dziś? Nie lubię ich jeszcze bardziej i już nie mam ani odrobiny wyrozumiałości.

Następnego dnia pod napaści na joszkową kufę, masuriana, będąc w ogrodzie usłyszała, jak sąsiad chwali się komuś, że ich pies ugryzł w nos bernardyna. powód do chwały, radości? Trzeba to wykrzyczeć tak, że sąsiedzi słyszeli?  Może oni mają jakiś problem ze słuchem, że tak się drą? Nieee, pewnie są zwykłymi burakami, jakich wiele, ale niestety akurat ci musieli się wprowadzić tak blisko nas.

Wesele już było, ale i tak się zagoi.

Teraz przyglądamy się uważnie ranie na nosie psa. Był lekki obrzęk, ale to przecież normalne, skoro sprawa jest tak świeża. Jeśli nie zacznie się szybko goić, to wezwiemy weterynarza. Teraz, dwa dni później, 
nie wygląda estetycznie, ale przeschło, nie zaognia się, nie ma ropy, opuchlizny.


  • Wulgaryzmy użyte „prawem cytatu”.
Reklamy