Czasem w towarzystwie Geńki, czasem z Hanutką, a czasem ze wszystkimi trzema kotami. Wieczorne zwierzynieckie spacery. Najpierw z psem jednym, później z drugim. I tak – choć Irga to szczeniaczek, to jednak Joszko ma pierwszeństwo. Tak po starszyźnie. Raz byłem najpierw z Irgą, ale cicho sza, tornjak się nie zorientował chyba, albo świetnie udaje. Innym razem zdecydowałem się na wyjście z dwoma jednocześnie.

Wyzwanie. Dwie smycze, dwa psy, dwie kupy, czyli już sześć, a ja mam tylko dwie ręce. Misja straceńcza. Zostanę poniżony, zyskam powód do dumy, a może po prostu się wkurzę?

20180722_103439.jpg

Dziwadło znowu zachowuje się niestandardowo. Znowu coś zmieniło. Dlaczego musi burzyć ustalony porządek? Przecież było dobrze, jak było. Moje szelki, jego buty, moja obroża, jego kurtka, jego smycz, a nie – smycz moja, jego klucze. Pozwalam mu otworzyć drzwi i idziemy. Małe zostaje. I prawidłowo. A dziś nie zostało. Jeszcze nie wiem, jak się zachować. Dowiem się.

Początek zaskakująco spokojny. Joszko jakby nagle stał się całkiem dorosłym psem, a nie raptem dwuletnim szczeniaczkiem. Kroczy dumnie na luźnej smyczy, nie ciągnie, nie wrasta w ziemię co chwila. Diabeł Irga nie biega dookoła. Udaje, że nie jest pobudzona. I całkiem nieźle jej to wychodzi. Pokonujemy kolejny, może już nawet pięćdziesiąty metr i nadal nic. Napięcie rośnie. I wreszcie jest.

Powinienem był zostać baletmistrzem

Stoimy, bo Irga kupczy na chodniku. Zabrakło nam kilku metrów do trawnika. Rączkę smyczy Irgi wkładam na nadgarstek, a uwolnioną dłonią wygrzebuję woreczek. Irga kończy i zaczyna poszarpywać, przeszkadzając mi w przygotowaniu woreczka. W końcu ze smyczą w zgięciu łokcia kucam i zbieram podłużne perełki ostatniego posiłku. Wiktoria! Odkładam woreczek na bok, zabiorę go w drodze powrotnej. I całe szczęście, bo lżejszej o kilka gramów Irdze puściły hamulce.

Jest normalnie, tylko małe się pałęta między nogami dorosłych. Dziwadło wije się i kręci, ja się nie będę ośmieszał. Zachowam godność i powagę. Zachowam powagę? Po co? A co mi tam, przyłączę się!

20180718_184608.jpg

Lewa w górę, przysiad, obrót. Dwa kroki w przód i hamulec na prawej, żeby Joszko nie wymsknął się z luźnej obroży. Przysiad, obrót, noga w górę, półpiruet. Stop, prrr potwory! Irga jest sobą, a Joszko odpuścił stateczność i chyba bawią go moje wygibasy, bo pcha mi się między nogi, trąca pyskiem rękę. Mimo wszystko idziemy! Improwizuję ruchy, tworząc doraźne, własne formy Taichi, albo karate kata, zależnie od sytuacji. Nie pierwszy raz robię z siebie błazna.

I kolej na Joszka. Jesteśmy w najciemniejszym kącie parku. Jak mam zebrać po ciemku w tej trawie to, co zostawi Joszko? Jak? To proste. Smycz Irgi na kostkę lewej nogi, wygrzebać z pojemnika woreczek, rozdzielić jego ścianki, dmuchnąć do środka, wsadzić weń prawą dłoń, lewą w oczko smyczy Joszka, a później telefon z prawej kieszeni (lewą ręką, chyba tego nie przemyślałem do końca), latarka, kucnięcie. Lewą świecę szukając w trawie joszkowych skarbów, prawą, uzbrojoną w woreczek mam naszykowaną na chwytanie, jednocześnie, w przysiadzie kręcę biodrami i uważam, żeby smycz układała mi się na lewym udzie i nie wpadła w trawę, a właściwie w górno. Uff, jest. Zebrane. Ruszamy w drogę powrotną.

Wykrok, unik, w górę, obrót. Pięć metrów w układzie pies po lewej, suka po prawej. Łapię oddech. I poleciałaaaa. Obie w górę, lekki przysiad i obrót z przekładaniem rąk, żeby się smycze nie splątały. Udało się. Dwa do przodu. Stop. Nadepnąć na smycz Irgi, żeby ją spomiędzy nóg Joszka wyciągnąć z drugiej strony. Jednak nie jestem doskonały. Kto by się spodziewał? Takiego obrotu.

20180722_103503.jpg

Dom, nareszcie. Eksperyment dobiegł końca. Chwilowo nie planuję powtórki.

Reklamy