Ludzie w weekend odpoczywają, regenerują się, zbierają siły na kolejny tydzień pracy. Tako i my uznaliśmy, że zrelaksujemy się nad jeziorem, na uboczu leżącej działce rekreacyjnej w kempingowej przyczepie.

Żar

 

Komunikat dla uczulonych na czytanie ze zrozumieniem: niniejszy satyryczny tekst zawiera śladowe ilości prawdy, przepełniony jest za to konfabulacją, ironią, sarkazmem, groteską i absurdem. Śmieszność wielu sytuacji nie jest dostrzegalna dla osób, które są tak nadęte, że odleciały i z daleka nie widzą dobrze, oraz dla tych, którym wzrok się pogorszył z powodu kija wetkniętego w jeden z otworów ciała. I nie mam na myśli wykałaczki w kąciku ust.

Ponad 86 stopni* w cieniu, ciągłe zagrożenie burzowe. Oto, jak nas przywitała natura. Nie mogę powiedzieć, aby to było zaskoczeniem, skoro odjechaliśmy zaledwie kilkanaście kilometrów od domu.**

Koty

Lotnych głównie w palcach zachęcam do przeczytania CAŁEGO tekstu przed szukaniem okienka komentarzy. Tym, którzy już czytali i poczuli się dotknięci, dedykuję tekst kolejny: „Czas poradników”. Jest szansa, że spojrzą na wpis inaczej, ale jest też szansa, że poczują się urażeni bardziej, za to z innego powodu.

Oczekuję ludzkich zachowań, bo mamy mózgi i wolę, możemy się pohamować. Psom jest trudniej. Zabawnym jest, kiedy ludzie mający pretensje, że Joszko nie jest nauczony, aby powstrzymać się od obszczekiwania rowerzystów, nie potrafią powstrzymać się od obszczekiwania mnie w komentarzach.

Koty zostały w domu, bo nie przepadają za wycieczkami samochodem.

Psy

Psy pojechały z nami. Teraz już będzie liczba mnoga, bo Irga uzyskała oficjalnie status uchodźcy i została przez Joszka pobłogosławiona. Byłem przy tym i gdybym miał tłumaczyć z mowy ciała i wyrazu oczu Joszka, to byłoby to krótkie:
– Widzę, że nie mam wyjścia, przymuszon przez Dziwadła godzę się na twoją namolną wszechobecność, trojenie się i czworzenie w zabiegach o atencję i względy Dziwadeł. Jednakże jest jeden warunek. Wielki warun nawet rzekłbym! Wara od jedzenia, wara od michy, jak zdybię to żaden Allah ni Bóg Abrahama ci nie pomoże.

IMG_4030

Dojrzałość

Joszko jako pies relatywnie dorosły stanowi dla Irgi wzór do naśladowania. Joszko czuwa, alarmuje. I jak wszystkie dobre antywirusy, wszczyna też fałszywe alarmy. Na które zareagować trzeba. Nie posiedzisz spokojnie ni kwadransa.

Irga, nadspodziewanie samodzielna i niezależna, naśladuje jednak przybranego starszego brata i piątkowego wieczora co chwilę słyszeliśmy piskliwe hik hik hik hik Irgi nakładające się na głębokie, basowe humm, humm, humm Joszka. A po chwili dołączała cała reszta. Dwa owczarki niemieckie najbliższego sąsiada. Burek i Ciapek z pobliskiej wioski, niezidentyfikowanie psiaki z mocniej zamieszkanej drugiej strony jeziora. Wieczorne psów rozmowy.

20180804_084330

Wsi spokojna, wsi wesoła

Nieważny dzień tygodnia, ważne, aby pogada sprzyjała. Rolnicy minimalizują tegoroczne spowodowane suszą i burzami straty ratując z pól, co się da, kiedy tylko się da. W efekcie sobota i niedziela to kołowrót dziesiątków zbystrzeń Joszka, naszego uspokajania go, prób czytania, łyka kawy, ujadania obu psiaków. A w niedzielę doszły jeszcze Joszka werbalne próby odgonienia burzy. Joszko nieulękle szczeka na grzmoty.

Cykliści

Szósta rano. Wychodzę na drogę z Joszkiem na smyczy. Wsłuchujemy się w ciszę, rozglądamy w obie strony. Głucho, nieruchomo. Ulga. Wracamy i puszczam Joszka, niech w końcu pobryka swobodnie. Cieszy oko joszkowe cwałowanie dookoła przyczepki. Nagły, radosny zwrot i galop na drogę. Nie zdążyłem nawet wstawić wody na kawę. Ruszam biegiem i za bramą widzę mężczyznę zasłaniającego się rowerem przed usiłującym go odgonić psem.

– Przepraszam, już go zabieram – krzyczę z daleka, a człowiek się uśmiecha.
– Nie sądziłem, że tak rano ktoś będzie jechał – tłumaczę przyczepiając smycz.
– Do pracy. – miejscowy wsiada na rower i odjeżdża.

Wracamy na działkę, znowu cisza i spokój, uwalniam psa, wlewam wodę do rondelka, będzie w końcu poranna kawa. Albo i nie, bo znów słyszę psa w galopie.

Ubierz się w obcisłe, bo to warto mieć styl***

Wybiegam na drogę. Deja-vu, ale jakby po LSD. Mężczyzna zasłaniający się rowerem ma wielokolorowy obcisły kombinezon z napisami, których nie zdążyłem przeczytać, stylowy biały kask w podłużne jaskrawożółte paski, spod którego zwisają kable niknące w okolicach pasa. Na twarzy okulary zabezpieczające oczka przed wtargnięciem w nie meszki, na dłoniach niebieskie rękawiczki zapobiegające odciskom od kierownicy, na stopy bałem się już spojrzeć. Raz w życiu miałem odlot. Po trawce. Straszne to było, ale doświadczana właśnie przemiana cyklisty była straszniejsza. Szczęśliwie inteligentnie wydedukowałem, że to po prostu jest kolejny rowerzysta. Są wakacje, więc jak co roku w nasze rejony miejska stonka nadciągnęła i właśnie w ten sobotni poranek letnicy wylegli.
– Przepraszam – krzyczę z daleka – ten tekst mam już opanowany na blachę.

Damian***, czyli jeden z dziesięciu

Pan z numerem 1

– No wie pan?! – nie zdążyłem nawet się przywitać.
– Takiś szybki? – myślę sobie, a głośno mówię:
– Zwrócę za pranie albo za nowe, jeśli pan woli.
– Słucham?! – no tak, miastowy, wykształciuch jakiś. Tak ładnie pyta, a nic nie rozmie.
– Za gacie. Jeśli ze strachu narobił pan w gacie, to żaden wstyd. Nie pan pierwszy. – mówię „gacie”, bo to brzmi bardziej plebejsko i pasuje do dystansu światów, który właśnie buduję.
No wie pan?! – starszy pan dzielnie przełknął zniewagę, sprawnie wskoczył na siodełko i popedałował w stronę wschodzącego słońca.

Pan z numerem 2

– On jest tylko mocny w gębie – staram się człowieka uspokoić.
– Bez komentarza. Wie pan, bez komentarza – musi być oburzony, skoro nie może wykrztusić komentarza. Skoro takie zdarzenia aż tak go oburzają, to rozumiem, dlaczego jest bardziej posiwiały ode mnie. A może po prostu jest ode mnie starszy?
– Niech będzie bez komentarza – rzucam już na odchodnym. A odeszliśmy w dwie odmienne strony. Szczęśliwie moja prowadziła w stronę właściwą.

Pan z numerem 3

– Przepraszam – mój standardowy początek. Uważam, że zachowanie Joszka to moja wina i ludziom należą się przeprosiny.
– Bez komentarza. Wie pan, bez komentarza. – tego się nie spodziewałem. Ja mam nie komentować, czy on nie będzie komentował? Czekam chwilę, ale facet milczy, poprawia tylko rower, którym się zasłania i wykonuje krótki nerwowy ruch. Przestraszony Joszko wtrąca w nasze milczenie swoje zdanie. Przyłączam się:
– Przepraszam, ale to bardzo dziwne, on ujada tylko na pijaków i tchórzy. – blefuję, a pan na pijaka nie wygląda, to raczej inteligent, który pija jedynie białe wino, a i to tylko do dań rybnych, które jada w porcjach symbolicznych raczej niż pożywnych, sądząc po chudziutkich pęcinach podkutych specjalistycznymi bucikami do jazdy rowerem.

Pan z numerem 4

– No i znowu ktoś spłoszył mi psa! – wrzeszczę z daleka – testuję nową taktykę. – No żesz kurwa mać! – dodaję dla lepszego efektu tak wiarygodnie, że aż Joszko milknie. A on zna moje prawdziwe „kurwa mać”.
– Co pan!? – starszy pan nie dał się zbić z tropu. Doświadczenie wieku procentuje.
– Niech pan zabierze tego potwora! – przeszedł do kontrataku.
– Nie masz człowieku gdzie jeździć? – odpowiadam fałszywym sierpem przypinając Joszka. I wielkie rozczarowanie – pan dezerteruje i dziarsko oddala się z ringu.

Pan z numerem 5

– Przepraszam – mój standardowy początek.
– Wie pan co? Bez komentarza – nie zdążyłem nawet przejść do objaśnień cech charakteru i zachowania Joszka. Na sekundę, może nawet trzy oniemiałem, także z powodu psychodelicznego wyglądu cyklisty. Kolorowe skarpetki bikiniarza z lat pięćdziesiątych XX wieku przechyliły szalę.
– Nie pasuje?! Jak się na wsi nie potrafisz zachować, to wypierdalaj do swego miasta bucu! – upuszczam na ziemię smycz, którą właśnie przyczepiłem do obroży Joszka.
Podziałało, gość pękł tak głośno, że miałem wrażenie, iż popiarduje z wysiłku naciskając pedały w pogoni za wirtualnym peletonem.

Pan z numerem 6

– Przepraszam – mój standardowy początek.
– Wie pan co? Bez komentarza.
Jak to bez komentarza? Nie jestem godzien nawet krótkiego dialogu?
– Dzień dobry! – uśmiecham się całkiem szczerze, bo zaczyna być zabawnie.
– On musiał Pana pomylić z takim jednym menelikiem, który kręci się w okolicy. Też się tak dziwacznie ubiera i też ma rower. Może używacie takiej samej wody toaletowej? Może czytacie te same tygodniki? Może jesteście sympatykami tej samej partii, a Joszko jest zdecydowanie apolityczny, bo nienawidzi kłamców. – lecę po bandzie, ale już tylko sobie a Joszkowi, bo facet odjechał po „też ma rower”. Zlekce sobie ważył mnie. Nie on pierwszy i nie ostatni, przywykłem.

Pan z numerem 7

– Spokojnie! – drę się z oddali. Odlotowy ubiór okazał się skrywać w sobie zadbanego starszego pana. Oczy ukryte za ciemnymi okularami, doskonale przycięta bródka, wytrenowana kibić raczona co rano dwoma listkami sałaty i idealnie zblilansowaną kalorycznie resztą posilków.
– Przepraszam – mówię już normalnie i zapinam psa.
– No wie pan? Bez komentarza.
– Bez komentarza? – powtarzam, bo taka pogarda na początek znajomości wydała mi się nie na miejscu i musiałem mieć czas na zastanowienie, co to dla mnie znaczy. No tak, znajomości nie będzie.
– Skoro nie radzi Pan sobie z psami na wsi – mówię spokojnie, bo Joszko szczęśliwie przestał szczekać na skamieniałego z rowerem w rękach mężczyznę – to może powinien pan jeździć tylko po ścieżkach rowerowych w swoim mieście?
– To jest droga publiczna. – o proszę, prawnik, czy co?
– Może i tak, ale droga publiczna na wsi, a pan nie potrafi z niej korzystać, nie przeszkadzając innym.
– To mnie to bydlę nie pozwoliło przejechać! – przechodzi do ataku.
– Pozwoliło, nawet pana zachęciło do jazdy, ale że pan sobie nie radzi na wiejskich drogach publicznych z wiejskimi psami… – Pan chyba gdzieś się spieszył, bo nie kontynuował tej pasjonującej dysputy. A ja jakoś nie żałuję.

Pan z numerem 8

– No kurwa mać! Czego chcesz od mego psa?! – nowa taktyka, dość mam przepraszania.
– Co robisz memu psu!? – drę się z daleka.
– Zostaw mego psa! – wrzeszcząc przebieram nogami w laczkach, udając, że biegnę spiesznie. Podziałało. Pan oglądając się za siebie pojechał dalej. Joszko odpuścił mu już parę metrów dalej, bo przecież o to chodziło. Odgonić potwora z rewiru, ocalić rodzinę, dać odpór najeźdzcy.

Pan z numerem 9

– No i gdzie pan jeździsz?! – głośno i agresywnie od początku. Nie będę więcej przepraszał, a co?
– Nie ma pan gdzie jeździć o tej porze? Psa mi pan niepokoi. Kawy nie mogę wypić. Zrobić nawet! To jest sobota…
– No wie… – starszy pan próbuje mi wejść w słowo, ale nie pozwalam.
– …sobota rano. Nie można tak sobie przeszkadzać ludziom na letnisku – trajkoczę i przypinam psu smycz.
– Każdy chce odpocząć. Ja też… – nie kończę już, bo człowiek odpuścił sobie i widząc, że Joszko mu nie zagraża, oddalił się sprawnie.

Pan z numerem 10

– Przepraszam! – dobiegam do człowieka.
– No wie pan?!
– No właśnie, ja słabe serce mam, a muszę tak gonić, gdzie się pan tak spieszy?
Staruszek sprawnie przerzuca nogę przez ramę i odjeżdża bez słowa. Cham jeden. Nie przeprosił nawet.

Tylko jedna z wersji jest prawdziwa. Która? Ta najbardziej wiarygodna?

Chwilę później, chwilę przed zniewoleniem, Joszko dopadł jeszcze nastolatkę z może dziesięcioletnim bratem na przejażdżce rowerowej. I nie było wielkiej sprawy. Uśmiech i normalne zachowanie. Brawo.

Kojec

20180804_092607

Uznaliśmy, że bezwzględnie niezbędne jest ogrodzenie działki. Bagatela prawie trzysta metrów ogrodzenia. Kupa forsy za najtańszą siatkę, a skąd wziąć jeszcze na drut kolczasty?

Joszko odmówił noszenia na sierści wysprejowanych reklam karmy dla psów, której nie lubi, więc stanęło na tym, że nie będzie grodzenia całej działki. Będzie kojec. Mniej więcej dwadzieścia na dwadzieścia. Metrów. Zmieści się Joszko, ognisko, a i samochód z przyczepką kempingowa zawróci.

Joszko odmówił testowania darmowego ogrodzenia pod napięciem pewnego znanego producenta, więc kojec będzie w przyszłym roku z naszych w znoju i trudzie zarobionych pieniędzy.

Weekend był potwornie męczący. Potwornie. I jak tu jutro iść pierwszy dzień do pracy?


* stopni Fahrenheita, bo robi lepsze wrażenie, niż jakieś śmieszne 30oC.
** tak, to ta sama działka i przyczepka, o której pisałem niedawno: „Dziewiczy rejs naszą niewiadówką N126n
*** Cytat i Damian z piosenki Lecha Janerki „Rower”

Reklamy