Przyniosło na sobie nowy zapach. Dziwadła często przynoszą ze sobą swąd tego, tamtego, czy innego. To zrozumiałe, dziwadeł jest na świecie mnóstwo. Są takie miejsca, gdzie roją się jak pchły na czubku nosa kąpanego psa. Dzisiaj to jednak nie był zapach nowego dziwadła. To zapach psa. Nie jakiś lekki, który zawadził o nogawkę gdzieś przy okazji. Ten jest intensywny, świeży. Zapach zdrady.

Obcy w moim ogrodzie

Zostałem sam. I słyszę, a po to mam takie wielkie uszy, żeby dobrze słyszeć, że oprócz zdradzieckiego szorstkiego Dziwadła na zewnątrz jest Dziwadło gładkie. Też powinno wiedzieć o zdradzie. Sprytnie otwieram więc zaporę i już jestem na zewnątrz. I cóż widzę!?

W moim ogrodzie, w moim ogrodzie, w moim ogrodzie. Ogrodzie, do którego nawet ja mam wstęp limitowany, stoi obcy pies. A obok gładkie Dziwadło. Jak to tak? Nie rozumiem. Konfuzja mnie ogarnia od uszu po paznokcie. Może to nie zdrada, może to ktoś fajny, do zabawy ktoś? Zbiegam pędem ze schodów, skacząc co trzeci stopień. To jest coś – wszystkie sześć stopni w dwóch ruchach.

Dzieli nas krata, ale to nic, podejdź bliżej, powącham Cię. Podejdź, jestem miły.

20170716_102019_001

Awrrgh! Wrraghhh! Brrwggr. Wgrrr…

20170716_102117

Joszko zaczął bardzo przyjacielsko, spokojnie. Do czasu, kiedy masuriana zmieniła stronę, tzn. przeszła przez bramkę do mnie i Joszka. Znajda została sama. Czy to było powodem? A może to jednak pies? Choć nie wygląda – drobna, jak na owczarka niemieckiego – budowa ciała, nic się między nogami nie majta. Jednak sierść długa, może zasłaniać.

Nie planowaliśmy tego spotkania. Masuriana nie zamknęła drzwi na klucz i Joszko sobie otworzył. To już standard. Staje na dwóch łapach, naciska klamkę i potrafi nawet cofać się, jeśli to są akurat drzwi otwierające się do wewnątrz. Otworzył drzwi i poszedł sprawdzić, co się dzieje za lego plecami. Psy mają plecy? Co się dzieje za ogonem?

Plusem jest to, że sytuacja zaczęła się klarować. Jeśli zechcemy ją zostawić, to łatwo nie będzie. Trzeba podjąć decyzję – dla wszystkich będzie lepiej, jeśli piesek pójdzie do ludzi, którzy go chcieli przygarnąć od razu z ulicy.

A było to tak

W sobotnie popołudnie wybraliśmy się na imprezę, na której nigdy nie byliśmy. „Walka czołgów” na pobliskim poligonie. Militaria to zupełnie nie nasza sfera zainteresowań, ale może warto zacząć się przyzwyczajać do obecności czołgów. Oswoić z klekotaniem gąsienic, hukiem dział, przytłaczającą wielkością, masą, siłą. Oby nie. Jednak mieszkając, jakby nie patrzeć na północnym wschodzie, i oglądając telewizję trudno o tym nie myśleć.

Na szlaku

Impreza świetna. Prawie 3 godziny stania w korku, a na końcu pokaz kunsztu ubranego w niebieski mundurek wysokiej klasy specjalisty od kierowania ruchem. Na krzyżowaniu przy wyjeździe z terenu imprezy. Przy wyjeździe, bo wjazdu już nie było. A później korek powrotny i slalom wśród ludzi, którzy zmierzali do pozostawionych na poboczu samochodów. Kilometry deptaka. Młodzi zwarci militaryści w krótkich spodenkach khaki i koszulkach z orłem; baloniki, dzieciarnia, plastikowe pistoleciki, piesek. Szczeniaczek! Robi kupę… Po co sprzątać, w tym tłumie i tak nikt nie zauważy. Kto pierwszy wdepnie? Pan z wózkiem? Nie, każdy rodzic z małym dzieckiem czujny jest, sprytnie zahalsował i wziął gówno z prawej burty. Tempo jest takie, że mamy rozrywkę na dłuższy czas. O ile ludzie okażą się spostrzegawczy. Pan się spieszący, zapatrzony przed siebie? Nie, trzecie oko w podeszwach, które sprawnie ominęły pułapkę. Pani w czerwonym? Nie. Może pan w koszulce z krokodylkiem? Jest! mamy zwycięzcę! Pan schodzi na trawę, śmieje się i wyciera but. Impreza musiała być świetna, skoro nawet takie zdarzenie nie wybiło go z pogodnego nastroju. I wszyscy wyglądają na trzeźwych! Świry same.

Jedynka, gaz, sekunda, luz, pięć sekund, jedynka, gaz, sekunda, luz, pięć sekund,, jedynka, gaz, dwójka, trójka… Jedziemy! Wracamy inną drogą. Kaprys mamy taki.

– Uważaj, rowerzyści! – masuriana zachowuje się tak, jakbym był ślepy, albo przynajmniej po udarze mózgu.

– Uhm, kobieta i mężczyzna – popisuję się dobrym wzrokiem, a tak naprawdę to zgaduję.

– Ludzie!

– I myszy. Albo odwrotnie. – próbuję wybić samozwańczego pilota z pantałyku, rozproszyć jego zbędne skupienie.

– Pies.

– Ssak.

– No zwolnij! Pies!

– Zwalniam, spokojnie, nie rozjadę go przecież.

Poboczem biegnie pies wyglądający na długowłosego owczarka niemieckiego. Zatrzymujemy się kilkadziesiąt metrów przed nim. Masuriana wysiada i próbuje go przywołać. Siedzę w aucie, żeby go nie stresować jeszcze bardziej. Boi się, nie zbliża się nawet na pięć metrów, zawraca. Wysiadam. Masuriana idzie do pobliskich zabudowań spytać, czy coś wiedzą o psie. Ja zostaję przy szosie. Ruch jest duży, nie każdy zwalnia, coś go może potrącić w każdej chwili. Z jakiegoś gospodarstwa wybiega, ujadając mały kundelek i goni naszego wędrowniczka. Gryzie go w bok, a ten, robiąc unik, przewraca się, koziołkuje poboczem, w rów. Wstaje, zawraca, wychodzi na środek szosy. Zastanawiam się, czy nie krzyknąć, nie postraszyć go, żeby zszedł na bok. Wtedy jednak wystraszę go jeszcze bardziej i szanse na podejście będą żadne. Na szczęście sam przebiega na drugą stronę szosy i truchta dalej.

– Pójdę za nim – masuriana skończyła wywiad z miejscowymi.

Przez kilka kilometrów podjeżdżamy, zatrzymujemy się to przed nim, to za nim i próbujemy zachęcić do podejścia. Jest drobnej budowy, zdaje mi się młodym psem, poniżej roku. Wychudzony, pewnie spragniony. Jest upał, a my się jeszcze przyczyniliśmy do większego wysiłku, do biegu.

Wreszcie w jakiejś miejscowości kupuję kiełbasę. W czasie wyprzedzania psa masuriana przez okno rzuca mu kawałek. Zatrzymał się. Je. Podjeżdżamy jeszcze kawałek i stajemy na poboczu za jakimś samochodem. Okazuje się, że ci ludzie też chcieli pomóc psu. Masuriana improwizuje obrożę i smycz z psich samochodowych pasów i własnej chusty. MacGyver czasów gender.

Głód pomógł psu odnaleźć w sobie odwagę, aby podejść do człowieka. Zjadając kolejny kawałek, nie zauważył nawet, że został wzięty na smycz. Masuriana podchodzi z nim do samochodów, do nas. Pies pogodził się z losem, nie opiera się, nie wyrywa, grzecznie drepcze przy nodze. Przykucam, obwąchuje mi rękę. Śliczny zwierzak w strasznym stanie.

Decydujemy się go zatrzymać, już wcześniej zastanawialiśmy się nad towarzyszem dla Joszka. Niezobowiązująco, niepoważnie, ale skoro tak się trafiło… Wymieniamy się jednak telefonami z ludźmi, którzy też się zatrzymali. Gdyby Joszko jej nie zaakceptował (zdaje się nam, że to suczka), zadzwonię.

Wracamy z retrospekcji

I tak być powinno. Ogród należy do mnie. Dziś ogród, jutro ulica, pojutrze cały świat! Jestem panem świata!

Ona okazała się samcem, z jajkami. Wyjaśniło to zachowanie Joszka. Początkowe zainteresowanie zmieniło się w złość, kiedy wyczuł zapach samca, konkurenta. I to na swoich włościach. Nie on zapraszał, nie on wpuszczał, został podstępnie postawiony przed koniecznością rozgrywania na nowo relacji w swoim rewirze. A przecież już był tak blisko poczucia wyższości nad kotami, nad dwoma przynajmniej.

20170715_201212

Nakrzyczał, nakrzyczał i to zdecydowało o tym, że zadzwoniłem do Pana Artura, który parę godzin później z żoną i córką odebrał pieska. Już wczoraj na szosie zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie. Rozsądne podejście, chęć przygarnięcia psa nie wyglądała na kaprys posiadania maskotki. Przyjechali ze świeżo zakupioną obrożą i smyczą, z planem na jutrzejszą, poniedziałkową wizytę u weterynarza – kuzyna – sprawdzenie, czy pies nie ma chipu. Internet można pominąć. Cały internet już wczoraj przeczytała masuriana. Zagoniła nawet Straż Miejską do kontroli lokalnych zgłoszeń o zaginięciach.

Pominąłem w tej opowieści wiele elementów, jak choćby konsultacje z Elą, którą już znacie. Opisywanie wszystkich detali byłoby chyba przesadą. Tak?

Reklamy