Przez jakiś czas postęp w przełamywaniu niechęci do wchodzenia do auta był… Chyba był. Powiedzmy, że był trudno zauważalny. Raz wszedł ponoć czterema kończynami. Nie widziałem, wierzę masurianie na słowo. Jak oczywiście we wszystko inne, co mówi…

Było tak…

Dobrym pomysłem, nie moim niestety, okazało się wabienie Joszka do środka samochodu napełnionym czymś pysznym kongiem. Wchodził całym sobą, jeśli uznać paznokcie tylnych nóg za nieznaczącą część Joszka. Masuriana w środku, ja na zewnątrz asekurując drugi koniec smyczy i kontrolując otoczenie, gotów alarmować, gdy coś może psa rozproszyć. Tak odpowiedzialność.

Gdzie ono się pcha? To właściwie nie konkurencja, ale zagradza mi dostęp do pyszności, przeszkadza. Mruczy. Ciamka. Może jest głodne bardziej niż zwykle? Jeszcze bardziej? Niech idzie sobie gdzieś zjeść, tu jest moje. Niech miejsce zrobi! Usunie się, ja idę. Idę… do puszki, ale co zrobić? Idę…

Trochę ryzykowanie, ale niech tam. Zachęciłem Joszka, udając zainteresowanie jego żarciem. Prowokacja taka. Zagrodziłem wejście do samochodu, zacząłem werbalnie zachwycać. Paszczowo właściwie, bo słów zachwytu by przecież nie zrozumiał. Podziałało. Zaczął szukać możliwości wejścia, przepychać się, gramolić do środka. Wiktoria! Grzebał tylnymi nogami, grzebał, aż zaczepił pazurami o próg i wlazł.

IMAG6288

Stało się

Z racji musiarianiej służbowej nieobecności obowiązek i odpowiedzialność za postęp spadł w całości na moje barki. Nie uginam się łatwo, bom w kolanach sztywny jakiś, więc zapakowałem konga i ruszyliśmy na lekcję wchodzenia do auta. Joszko przyczepiony do zagłówka z jednej strony, drzwi otwarte, a ja z drugiej. Pies szybko wyczuł jedzonko i zaczął sprawnie zawijać jęzorem. Ja powoli odsuwam źródło rozkoszy podniebienia. Joszko rozciąga kręgosłup. Pewnie ma już centymetrowe odstępy między kręgami a szyję dłuższą od ogona. Wszystko ma jednak swój koniec. A Joszko wchodzący do auta kończy się na biodrach. I nie da się tak sięgnąć do konga, w którym została jeszcze jakaś połowa zawartości.

No nie sięgam! Nie mogę sięgnąć, nawet końcem języka! A wcześniej sięgałem. O co chodzi?! Co robić? Przecież nie wsiądę… Ooo, wsiadam, samo się zrobiło. Sięgam! Mam, mniam, jem, mam…

Udało się. Wgramolił się i kończy ucztę. Pomagam mu, wytrząsając trochę zawartości konga na rozpiętą nad siedzeniem płachtę. Brawo! Nie spodziewałem się.

Dawka przypominająca

Żeby pójść za ciosem, ruszamy wieczorem kolejnego dnia. Joszko już w czasie napełniania konga zorientował się, co się szykuje i przed wyjściem był pobudzony, jak nigdy. Zrobił dwa, czy trzy kółka, zanim zrozumiał, że musi się uspokoić i pozwolić założyć sobie obrożę.

Ten sam schemat. Pies zaczepiony za zagłówek i otwarte drzwi zachęcające do wejścia. Idę na drugą stronę i kładę konga blisko swoich drzwi. Widzi to, ale nawet nie próbuje wejść. Wsiadam więc z brzegu i podsuwam konga na środek auta. Wytrząsam odrobinę. Joszko włazi przodem i zaczyna pałaszować. Pierwszy, drugi i trzeci lód przełamany. Trzymam konga przy sobie, a tu Joszko nie sięga, bez wchodzenia tylnymi nogami do środka. Za malutki jest.

No daj! Daj, gdzie tam daleko trzymasz. Nie mogę sięgnąć. Wkurzające to jest. Jak to wziąć bez włażenia do puszki? No jak? Nie da się? Nie da się. A niech tam, idę.

Joszko wyciąga się, cofa, wychodzi z auta, włazi znowu, cofa, w końcu podejmuje decyzje i sprawnie włazi cały. Może nazwać to już wskoczeniem? Wszystko zajęło może minutę. To już coś. Chwalę go i poklepuję po boku. Kątem oka widzę, jak obok samochodu przemyka Hanutka. Pies jest zbyt zajęty wydobywaniem smakołyku z konga, żeby ją dostrzegł.

Wyszedłem wieczorem, o 22, licząc na spokój, a tu widzę, że nadjeżdżają jacyś ludzie na rowerach. Obniżam konga, żaby ich nie zobaczył. Udałoby się, gdyby nie zaczęli krzyczeć. Wołają psa, który biegnie luzem za nimi. No tego to za wiele dla Joszka. Żarcie zagrożone!

Moje! Moje! Wynocha! Puszczaj mnie! Whrrroa! Wrrrr, whhrohhwa!

To czarny pies z sąsiedniej ulicy. Mignął mu w otwartych drzwiach i Joszko jest już na zewnątrz. Ja też, tylko muszę obiec auto dookoła. Omal nie wyrwał zagłówka, ruszając w pogoń. Na szczęście smycz zbyt krótka, by się rozpędził. Uspokajam go, zasłaniam ludzi i psa sobą, głaszczę. A on się wyrywa, szczeka, charczy. Oglądam się za siebie – pies bezczelnie wypróżnia się na trawniku na rogu. Czy to może być wyrachowane zachowanie?

Joszko nie może się uspokoić. Walczy w nim chęć dokończenia jedzenia i zakończenia sprawy z intruzem. Wreszcie zagląda do auta, gdzie na drugim końcu leży kong.

Jest, nie zniknął, czeka. Lepiej się nim zajmę. Pilnować trzeba. Idę.

Hyc i jest w środku. Ostrożnie, żeby nie przyciąć mu ogona, na wszelki wypadek zamykam drzwi. Gdy wsiadam z drugiej strony, pies już męczy się z kongiem. Pozwalam mu chwilę nacieszyć się zdobyczą, a później ostrożnie biorę w rękę i wytrząsam resztkę zawartości. Joszko wylizuje już chyba tylko zapachy i kończymy imprezę. Wysiadam, zamykam drzwi. Wsadzam konga na płot i wracam do zamkniętego w samochodzie psa. Obserwowałem go kątem oka, nie panikował. Jest dobrze. Ruszamy na spacer.

20170521_144524

Advertisements