Mogliby pozwolić mi siedzieć na podwórku. Jest ciekawiej. Te trzy lub cztery wyjścia mają mi wystarczyć? Nie zdążę nawet dokładnie rewiru sprawdzić. Leniwe Dziwadła.

Popołudnie

Sobotnie popołudnie na naszej zazwyczaj spokojnej ulicy to festiwal szaleństwa. Tak to przynajmniej zapewne wygląda w oczach Joszka. Na ulicy pojawiają się obce samochody, przechodzą obcy ludzie, którzy potrafią czasami o coś nawet zapytać. Pełny chaos i natłok wrażeń. Gorzej może być tylko w niedzielę, kiedy tłumy niecodziennie ubrane i pachnące inaczej ciągną do kościoła.

Skrzypek na chodniku

schody.jpg

Już na schodach zobaczył obcego i naprężył smycz gotów do zbiegnięcia w dół po dwa schodki. Ze wszystkich sześciu nie da rady skoczyć. Człowiek przeciętnej postury, poruszający się zwyczajnie, ubrany przeciętnie, nie wydaje się mieć jakąkolwiek cechę, która wzbudziłaby niepokój Joszka. A jednak. Przechadza się, zmienia kierunek ruchu. Dwadzieścia metrów i zwrot. I jest coś jeszcze niepokojącego w nim. Nawet mnie niepokoi.

Jest. Dziwadło. Idzie w lewo, idzie w prawo, znowu w lewo. Niechybnie szykuje się do ataku. I wydaje dźwięki. Inne dźwięki.

Nie mogę ustalić, o co chodzi. Chodzi. Chodzi człowiek i … wiem! Skrzypi butami! Sobotni skrzypek z ulicy Królowej Marysieńki.

Żeby nie eskalować podniecenia psa, staram się zachowywać normalnie, spokojnie. Otwieram bramkę i Joszko robi susa w stronę przechodnia po drugiej stronie ulicy.

Puść mnie, puść. Poradzę sobie. Pozwól. Puść. Ech, zawsze to samo. A już bym go dopadł i obejrzał z bliska, a może i obwąchał dokładnie.

Jest na smyczy, więc za daleko nie pobiegnie. Zachodzę go z przodu. Kucam i przytrzymuję, ograniczam z boków, żeby mnie nie ominął. Staram się zwrócić na siebie jego uwagę, mając twarz na wysokości jego pyska i przy okazji przytrzymywania drapiąc po bokach. Mówię spokojnie, poruszam się wolno. Obróciłem się tyłem do przyczyny joszkowego podniecenia, czym chyba sygnalizuję jej małość, nieważność.

Strategia działa. Joszko już tylko z ukosa zerka na człowieka, ale się nie wyrywa do niego.

– Dobry pies. Bardzo dobry pies. – chwalę go, wstając powoli.

– Idziemy – pociągam lekko smycz i odchodzimy bez ekscesów. Hurra, hura.

Zerkam do tyłu, człowieka dawno nie ma. Przyjmijmy jednak, że to mój sukces. Nasz sukces.

Innymi razy. Typowo.

Dziwadło zarządziło spacer. Idziemy „na siku”, jak mówi. Kto dorosły mówi „siku”? Za kogo oni mnie mają? Czasami to Dziwadło z poważnym głosem używa innego słowa, ale z tego, co widzę, to raczej drażni się z drugim Dziwadłem, niż mówi to do mnie. A ja mam nerwy ze stali. Nawet o milimetr mi fafla nie drgnie. Nic nie widać, że jestem podekscytowany wyjściem. Jestem skałą, jestem górą – jak Góry Dynarskie, gdzie rodzili się, żyli i umierali moi znamienici przodkowie. Nieporuszony, nieodgadniony, spokojny, cierpliwy. Niech mnie tylko wypuszczą za bramkę…

Joszko, jak zwykle cierpliwie czeka, aż mu założę obrożę, przypnę smycz, ubiorę się. Pierwsze kroki też takie nieco od niechcenia. Prawie, jak za malutkiego szczeniaka, kiedy trzeba go było wypychać z domu. Rozgląda się, dostojnie schodzi schodami, rusza ulicą. Jeśli nikogo nie ma w zasięgu wzroku bądź słuchu.

20170205_144452.jpg

Innym razem. Dublet Dziwadeł.

Podwójna asysta Dziwadeł na spacerze to atrakcja, która spotyka mnie od czasu do czasu. Lubię, lubię tak. Nie wiem, dlaczego tak nie jest codziennie. Albo trzy razy dziennie. Czy jest jakiś sposób, aby przymusić Dziwadła do tego?

Zanim to dowodzące Dziwadło, które ma zawsze pyszności, zacznie wydawać polecenia i warto będzie zwracać na nie uwagę, bo wpadnie do pyska co nieco, skoczę na drugie Dziwadło – może zechce się pobawić. Nadaje się do tego, tylko rzadko mu się chce.

Joszko, jak zwykle, kiedy wychodzimy we trójkę, jest bardzo podekscytowany. Parę metrów po chodniku i już skacze na mnie z ekscytacji. Szybki obrót, żeby łapami trafił na plecy, czasami go doraźnie zniechęca. Tak, jak teraz.

No właśnie, ogania się, jakbym był psem jakimś. Obcym psem. Spróbowałbym innych zachęt, ale widzę, że drugie Dziwadło patrzy na mnie i sięga do pojemniczka z pysznościami. Czas na zabawę: być blisko, zerkać w górę, przełykać pyszności. A jakiś głodnawy jestem dzisiaj, więc się postaram jeszcze bardziej, niż zwykle.

Jak zaimponować mężczyźnie

Joszko biegnie przy nodze masuriany, a każde zerknięcie w górę to nagroda w postaci jakiegoś smakołyku. Pies jest tak gorliwy, że ledwie można nadążyć z nagradzaniem. Spieszy się, szybko przebiera nogami, ale, żeby nie iść zbyt szybko, stawia małe kroczki. Drobi, jak pekińczyk. Bez urazy – pekińczyki nie mają innej możliwości, Joszko ma.

IMAG4045.jpg

Masuriana często zmienia kierunek, zatrzymuje się, rusza. Nagradza psa za utrzymywanie uwagi. A jest za co – imponujące. Wiele pracy przede mną, bo niestety nie da się żerować na wypracowanych przez masurianę zachowaniach. Joszko wie, po kim czego może się spodziewać i ja nie oferuję mu wystarczająco atrakcyjnych, pewnych i częstych nagród, żeby chciało mu się starać. Nie ma wyjścia, trzeba się przyłożyć, i to od początku. A ktoś radził, żeby kupić sobie pytona zamiast psa. Posłuszniejsze są.

Reklamy