Pierwszy spacer z próbą zastosowania się do zaleceń psiego psychologa. Całkiem nieźle. Joszko o wiele więcej uwagi, niż zazwyczaj poświęcał mnie. I choć zwracał uwagę przede wszystkim na moje dłonie, gdzie mogły kryć się smakołyki, to jest to jakiś pozytywny początek.

A ręce w kieszeniach…

Kieszeń pełna smakołyków. Nie. Kłamię jak … lis. W tym miejscu nie wypada napisać „jak pies”, a lis to w końcu też psowaty. Kieszeń pełna suchej karmy dla kotów, bo smakołyki się skończyły, a kocie żarcie to dla psa zawsze atrakcja. Joszko co prawda i tak podjada kotom, więc aż taki cymes to dla niego nie jest, ale lepsze to, niż nic.

20170305_141941

Pogodny sobotni poranek. Pusto. Dobrze nam idzie. Właściwie Joszkowi, bo ja się muszę przełamywać, żeby prawie bez przerwy go chwalić. Jak na złość idzie idealnie. „Dobry pies” już mi ledwie przez gardło przechodzi. Czy jak zachrypnę, to nadal będzie to brzmiało jak pochwała?

Na osła

Gada i gada. Chwali, więc mówi, co należy, ale nigdy tak nie robił. Czy coś się za tym kryje? Czy mam to cały czas brać pod uwagę? Pomyślę później, teraz widzę jakieś dziwadło na końcu ulicy. Czekajmy. Cicho tam!

Joszko zrobił osła, że pozwolę sobie użyć bardzo obrazowego określenia, które przeczytałem na fejsbuku o braciszku Joszka. Jakieś dwieście metrów od nas (tak, dwieście, nie dwadzieścia) pojawił się idący w naszą stronę jeden z sąsiadów. Na jego widok Joszko zamarł. Próbuję odwracania uwagi. Kątem oka widzę, że człowiek zatrzymał się. Pewnie już mu się zdarzyło obszczekiwanie i wyrywanie się do niego Joszka, a widzi, że staram się coś zrobić, to czeka.

Patyczek. Szukaj. Gdzie jest? Siad. Nawet uchem nie zastrzyże. Usiadł! Brawo, dobry pies! Smakołyk. Bierze, nie patrząc nawet na rękę. Człowiek rusza w naszą stronę. Staję tak, aby zasłonić mu niepokojący widok. Wtedy uświadamiam sobie, że to głupie. Jeszcze bardziej się zaniepokoi, wiedząc, że tam ktoś jest, a nie widząc go. Poradził sobie z moim zasłanianiem: siedząc, wychyla się tak, aby widzieć nadchodzącego człowieka. Kucam przed nim, licząc na to, że mając moją twarz przed swoim pyskiem, zainteresuje się mną. Drapię go po boku, wiem, że tak lubi. Siedzi spokojnie, więc chwalę.

Nadchodzi, zbliża się. Widzę. Chyba je znam. Nie robi nic niepokojącego, ale po co przyszedł w mój rewir. Postraszyć na wszelki wypadek? Może jednak nie? Moje Dziwadło odwróciło się do niego tyłem, zajmuje się mną, drapie całkiem nawet przyjemnie, to może nie ma niebezpieczeństwa. To przecież też dziwadło – powinno się znać.

IMAG4439

Niby jest spokojny, a w środku musi się buzować. Sprężony, wyciągnięty pysk, jakby jak najszybciej chciał poczuć zapach nadchodzącego człowieka. Fafle mu się nieco ruszają, kiedy oddycha dobitnie – jakby chciał wypluć powietrze. W głębi co chwilę rodzi się szczeknięcie, ale powstrzymuje się. Pozostaje tylko coś w rodzaju czkawki, cichego beknięcia. Jaki dzielny pies.

Sąsiad nas minął, Joszko raz tylko odwrócił głowę w jego stronę. Odpuścił i skupił na mnie.

– Dobry pies. Dobry. – ciekawe, czy moja niechęć do powtarzania ciągle tego samego wyrażenia sprawia, że zaczyna ono brzmieć nieszczerze. Ja się autentycznie cieszę, że Joszko potrafił się powstrzymać, ale może nie słychać tego w moim głosie?

Gryzoń

Nuuuda. Pusto. Dziwadło mnie chwali, więc jestem grzeczny, na plotkarskich rogach nic nowego, same znane, bezpieczne zapachy. Leziemy tak, meandrując lekko. Krzaki, załatwię potrzebę.

Ooo, w końcu jakiś atrakcyjny zapach. Aaa, pamiętam, mięsko! Szybciej.

Joszko wypatrzył leżącą tu od wczoraj połowę myszy. Dziś już tylko bioderka zostały, resztą ktoś się dogłębnie zainteresował. Joszko pociągnął. Stanąłem.

– Hamuj. Zostaw. – dobitnie, ale nie głośniej, niż normalnie. Na to „zostaw” nie liczę za bardzo, ale trzeba trenować. Pies ma pysk bezpośrednio nad truchłem, jest w stanie je złapać, więc czuwam w pogotowiu, żeby skontrować smyczą. A tu niespodzianka. Odwraca głowę w moją stronę.

Dobry pies – teraz na pewno słychać radość moim głosie. Niby nic, a mógłbym go z radości ucałować. Tylko to chyba żadnemu z nas by się nie spodobało. Lekko pociągam smycz i odchodzimy krok na bok. Podaję smakołyk. Powąchał i… wzgardził. Jestem w szoku.

Mam mętlik w głowie. Nie jestem pewien, co jest lepsze, co ważniejsze. Aż mi się w kiszkach przewraca. Chodźmy już. Potrzebuję właściwego miejsca.

Jaja

Idziemy łąką, Joszko węszy intensywnie. Znowu ktoś wyrzucił jakiś syf? Znajdujemy tu czasami jakieś resztki jedzenia, kości, ości i różne inne nierozpoznawalne odpadki organiczne. To ma być jakieś dokarmianie? Kogo? Odpadami? Od lat się zastanawiam, co kieruje ludźmi, którzy to robią. Rzeczywista chęć pomocy zwierzętom?

Tym razem to jednak nadchodziła kupa. Nie rozpoznałem zachowania, bo to druga dzisiaj, w krótkim odstępie czasu. Biegunka? Nieee. Śliczny brązowo – zielony kształtny stolec typu trzeciego wg skali bristolskiej. Może to te jajka z wczoraj? Siedem ugotowanych rano na twardo jajek ułożonych przeze mnie dyskretnie w kąciku na kuchennym blacie. I znaleziony kilka godzin później fragment skorupki. Gdyby nie ta skorupka, to pewnie uznałbym, że pamięć mi szwankuje i tylko mi się zdaje, że ugotowałem te jajka. Na wszelki wypadek spytałem masurianę. I już wiem. Nie szwankuje – ugotowałem. Jedno jajko dostał do śniadania. Resztę wziął sobie sam. Jak Krawczyk u Bregowicza.

IMAG4137
Poszlaka

Dobrze, że zawsze mam żelazny zapas dwóch tuzinów jajek, to mogłem ugotować sobie kolejne. Świeża bułeczka się nie zmarnowała.

Reklamy