Nie lubię, nie lubię. Nie wsiadam i już. Tak, wiem, że Dziwadło mnie i tak wsadzi, ale sam nie wejdę! Zamknięty w puszce. Burczy tu, wszystko brzmi jakoś dziwnie, kołysze na wszystkie strony, za szybami świat zamiast być, gdzieś biegnie, ucieka, czegoś się boi zapewne. Nie lubię.

Joszko nadal nie przywykł do jazdy samochodem. Nie boi się już zbliżać, nie walczy, ale dobrowolne postawienie choćby jednej łapy w środku nie wchodzi jeszcze w grę. A w domu to najchętniej wlazłby na parapet, tylko się nie mieści. Młody amator wspinaczek.

Siedzieć, leżeć, stać? Nie wiem, jak będzie lepiej. Dziwadła poprzypinały mnie tak, że nie dam rady pójść do nich na przód, trudno się obrócić nawet. Położę się. Oooo, zwalniamy, może to koniec, wstanę lepiej. Nie, znowu trzęsie. Diabelskie wynalazki. Nie można było pójść pieszo, jak bóg przykazał? Nawet na tę krótką smycz bym się zgodził.

W podróżowaniu samochodem Joszko robi najmniejsze postępy. Małe, powolne zmiany. Mniej ślinienia się, mniej oblizywania, czasami się położy. To na razie wszystko, na co możemy liczyć. Faktem jest, że zbyt wiele „samochodowych treningów” to on na razie nie zaliczył. A niedługo czeka nas prawdziwa podróż.

Pół godziny później

Koniec? Koniec! Koooniec! Wychodzą, ja też chcę! Idę, idę! Nie mogę… Zapomniałem, że jestem zniewolony. Czy to dozwolone? Może to zabronione, tak, jak krótkie łańcuchy. Te trzymające mnie nie mają więcej niż pół metra! Niech ktoś napisze w moim imieniu do TOZ albo innych inspektorów. Proszę. Nie, nie proszę, każę – natychmiast otwierać drugą zakładkę przeglądarki i pisać!

Dojechaliśmy. Joszko widząc, że wysiadam, zaczął się kręcić z tyłu. Krzywdę sobie zaraz zrobi. Jest przypięty dwoma pasami dającymi niewiele swobody, za to zapewniającymi większe bezpieczeństwo. Masuriana jakoś go wyswobadza i Joszko szczęśliwy wyskakuje na ziemię. Wychodzenie z samochodu idzie mu znakomicie.

Wąską ścieżką

Nigdy tu nie byliśmy. Na wyczucie dotarliśmy nad jezioro. Masuriana ma plecaczek, w którym mieści się chyba więcej rzeczy, niż w damskiej torebce. Wygrzebuje taśmę treningową zamiast smyczy, niech Joszko ma trochę swobody, a nie wiemy, jak ludne to miejsce, więc luzem nie pójdzie.

wasko1

To chyba plaża miejska, choć porozwieszane tabliczki „zakaz wstępu”, „teren prywatny” przypominające minioną epokę jakby temu przeczą. Może to taki folklor lokalny.

Ścieżka wzdłuż Jeziora Oleckiego to chyba lokalny spacerniak. Niedzielne popołudie, piękna, słoneczna pogoda, sporo ludzi, ale nie tłok. Bardzo miło.

Dziwadła chodzą grupami. Niektóre parami, niektóre z poczwarkami, niektóre płyną szybko, jedynie szumiąc, bucząc cicho. A moje Dziwadła nie pozwalają mi się z tymi innymi przywitać, powąchać nawet. Pobiec za którymś. Czuję się zniewolony.

Będzie ciężko. Tłoku nie ma, ale co chwilę ktoś nas mija, wyprzedza rowerem. Wąsko, więc musimy krótko i mocno trzymać Joszka, żeby się znienacka z kimś nie sfraternizował, stojąc na dwóch łapach i liżąc zaskoczoną ofiarę. Minuta swobody i ekscytacja nowymi ludźmi. Nie radzimy sobie z uczeniem go właściwego zachowania, powściągliwości. Próbujemy, szukamy sposobów, ale wyniki mamy marne. Za to ręce niedługo będę miał jak z żelaza – utrzymanie Joszka to nie byle co.

Hamowanie awaryjne

Hamują mnie i tłumią. Niefajne to jest. Zamach na wolność i swobodę. Jestem jednak uparty i cierpliwy, w końcu się uda. Próbuję prawie bez przerwy. Jest! Biegnę! Gonię! Lecę! Aaaaarg! Stoję. Podłe Dziwadała.

– Aaaaa, boli, pali! – masuriana wyhamowała rozpędzone na kilkunastu metrach 36 kilogramów Joszka, trzymając taśmę w dłoniach. Skóra się „stopiła”. Starty naskórek, nienaturalna gładkość w miejscach mających styczność z taśmą.

– Jakby mi ktoś ogień do dłoni przyłożył. A przecież wiedziałam, że to tak działa, nawet czytałam o tym.

Szukamy miejsca, w którym da się zejść nad jezioro, żeby schłodzić dłonie. Kawałki lodu przynoszą ulgę.

schlodzic

Widzę tę czarną puszkę, co to jej nie lubię. Stoi tam, czeka, pewnie będzie buczeć. Koniec zabawy. Na ile ustępstw porządny pies musi iść, żeby Dziwadła zadowolić? Tak, są nagrody, dużo nagród, ale czy na pewno warte poświęceń? Mniam. Warte!

nie-lubie

Akcent edukacyjny

Pełen otwartych walk i zmyślnych podstępów spacer się udał. Joszko się „wychodził” i choć zawsze na uwięzi, to musiał się umęczyć. Może nie tak, jak my, ale zmęczony jest. Czarodziejski plecak oprócz taśmy, smyczy, smakołyków zawierał też psią zabawkę, którą Joszko nie był zupełnie zainteresowany, kiedy się na jakiejś łączce zatrzymaliśmy na chwilę. Ten „odwracacz uwagi” się nie sprawdził. A kaganiec nawet nie ujrzał dziennego światła. Kończymy, oglądając coś, co jest jakimś zabytkiem, zdaje się. Jest tabliczka, dowiemy się, co to. Uhm. Dowiadujemy się, że odrestaurowano toto w 2004 roku z jakichś pieniędzy. Nie wiemy jednak nadal, co odrestaurowano. Dopiero w drodze do domu wujek Google sam z siebie podpowiedział, że robiliśmy zdjęcia przy pomniku wojennym z 1927 roku. Może tabliczka jest tak lakoniczna, bo nie wypadało napisać, że to pomnik upamiętniający żołnierzy pruskich poległych w wojnie prusko-rosyjskiej. Zdaje się też, że z tego samego powodu usunięto oryginalny napis: „Boże, usłysz nasze błagania i spraw, ażeby znowu powstały silne Niemcy”. No ale wtedy Olecko to był Treuburg.

pomnik

Reklamy