Standardowa procedura powrotu do domu ze spaceru to znalezienie czegoś na zachętę, albo pozwolenie Joszkowi na wyszukanie czegoś, co będzie niósł do domu. Zawsze znajdą się ludzie, którzy lubią żyć w śmietniku, więc zazwyczaj nie ma z tym problemu.

Trofeum

Wyruszamy. Ledwie dwa kroki za furtkę i jest! Zdobycz. Leży i czeka na mnie. Nie zostawię na pastwę jakichś obcych zwierzydeł – biorę. Idziemy. Pysk mam zajęty, ale może nie będę potrzebował się odzywać. Skrzynka informacyjna. Wącham najnowsze plotki, podnoszę nogę, żeby dołożyć swoje autorskie nowinki i ruszamy dalej. Dodatkowe sikanie na łączce i starczy, nic więcej mi się nie chce. Mam trofeum to wracajmy.

cos-jest
W dechę mam trofeum!

Joszko z deseczką w pysku chyba zrezygnował ze spaceru. Zawrócił do domu. Nie muszę go zachęcać, kusić patykiem, gałązką czy grudą śniegu. Za szybko trochę.

Dziwadło się zatrzymało, to stanąłem i ja. Ślinotoku dostaję, muszę trofeum poprawić. OK, wygodniej. Stoimy. Nie, skoro stoimy, to usiądę.

Wstrzymałem marsz do domu. Myślałem, że Joszko porzuci zdobycz i zechce jednak połazić dłużej. A tu bęc i siedzi. Dobrze, skoro tak chce, to wracamy.

Rusza w stronę domu, luzuje smycz, to idziemy. Zaraz, zaraz, tak po prostu? Coś tu nie gra, gdzieś jest pułapka. Lepiej to przemyślę. Lepiej na siedząco. A może na leżąco?

eko-pies
Taaaa. Na leżąco.

Zatrzymał się. Przesadza. Będzie leżał? Rozważałem już branie składanego krzesełka na spacer, ale tylko w żartach. Żarty – tak mi się wydawało. Chyba trzeba będzie zajrzeć na Aliexpress. Cóż, na razie szukam w takim razie zachęty. Zmarznięty śnieg się nada. Wygrzebuję butem grudkę i kopię obok Joszka.

Mam problem

No i mam problem. Dziwadło zaczęło bawić się grudą. Ja też chcę! Mam zostawić trofeum? Może gdzieś schowam? Położę na chwilę? Nie, gruda jest za daleko, jak zostawię, to trofeum może zniknąć. Już mi się takie coś zdarzyło. Usiądę. Nie, idziemy. Zostaw grudę, nie kuś! I tak mam problem. Idźmy już.

Wracamy dostojnie do domu. Joszko to eko-pies, znalezione śmieci znosi do domu, żebyśmy mogli do kosza wrzucić. Zazwyczaj jest to jakaś butelka, plastikowy pet, reklamówka albo rękawiczka – pewnie przez zapach najbardziej pożądane przez niego znalezisko. Ma problem z oddaniem. Albo raczej ja z odebraniem mu. Przynoszone śmieci lądują we właściwym koszu a patyki w ogrodzie dookoła ganku. Dzisiejsza deska to zdobycz sprzed kilku dni, która w jakiś sposób znalazła się na chodniku przed bramką. A dziś na powrót  zostaje pod drzwiami.

rekawiczke-mam
Mam martwą, pachnącą rękę jakiegoś obcego dziwadła.

Utartym szlakiem innego wieczoru

Przed naszą bramką zaparkował sąsiad. To nie problem, nie przeszkadza. Nigdy tego nie robi, więc Joszko podejrzliwe patrzył, kiedy wychodziliśmy na spacer. Wyjątkowo łatwo go zaakceptował. Może zaczyna być bardziej wyrozumiały, a może kojarzy auto z innego miejsca ulicy – wielokrotnie stał dwadzieścia metrów od nas.

Obudziło mnie i zabrało na spacer. Niezbyt rozgarnięte to osierścione Dziwadło. Nie ma wyczucia czasu nic a nic. Za bramką czai się to coś, co czasem burczy, czasem porusza się. Teraz śpi albo zdechło. Nie dziwię się, też jestem śpiący.

Prowadzę Dziwadło ścieżką z zapachami Elzy. Gdzie mi pasuje, tam znaczę teren, żeby konkurencja się nie zapędzała. Elzy nie ma i dzisiaj nie było. Szkoda. Może bym się rozbudził. Zostawiam wiadomość obok wejścia i pozwalam Dziwadle wrócić za mną do domu. Wrócić. Ale nie tak od razu. Spokojnie. Chłód mnie obudził. Posłuchajmy jeszcze, co się dzieje w okolicy. Poniuchajmy, co niesie wiatr.

isc-albo-nie-isc
Iść albo nie nie iść, oto jest pytanie.

Stop. Klasyka. Czekamy. Zawsze w takiej sytuacji przypominam sobie o pomyśle z krzesełkiem. Może następnym razem. Wynajduję jakąś grudę i kopię w stronę domu. Patrzy, decyduje. Sekunda, dwie, trzy, pięć. Odwraca głowę w drugą stronę. Znajduję drugą, kopię lekko. Joszko wykonuje skok i łapie grudę. Nie wiem, w czym ta jest lepsza od poprzedniej – wzgardzonej. Kopię kolejną trochę dalej, następną. Joszko biegnie, łapie je. I tak na zmianę, metr za metrem w stronę domu.

Dziwadło jak zwykle na wieczór ma chęć na zabawę. Nie tak od razu, ale przyłączam się, niech ma trochę radości. Patrz, jaki jestem szybki i przewidujący. I delikatny. Nic mi się w pysku nie rozpada. Tak od razu. Dobra, wystarczy – mam ładny kawałek, zaniosę do domu.

Joszko trzyma w pysku płaską grudkę śniegu wielkości dłoni. Na sztorc. I taki rozdziawiony rusza do domu. No to dość wabienia kopaniem grudek śniegu, idziemy bez dopalaczy.

Co to? Było tu? Żyje? Śpi? Musi tu być? Jakieś dziwne dźwięki dolatują mnie zewsząd. Reagować? Odpuścić? Reagować, w końcu ktoś tu musi myśleć. Na nieodpowiedzialne Dziwadło nie można liczyć. Uwwow!

Chyba zapomniał, że pod domem stoi inny samochód, niż zwykle. A może z tej strony wygląda inaczej? Idzie, ale usztywnił się trochę i zwolnił. Od okolicznych domów odbijają się stłumione odgłosy ogniska u sąsiadów. Pewnie też się dokładają do niepokojów Joszka. Szczeknął z głębi swoich trzewi,  trzymając w pysku tę grudę śniegu. Wyszło dziwacznie, ale groźnie. Powtórzył. Uparł się. Nie wypuszcza grudy, nie zgniata jej i nie odpuszcza poburkiwań i poszczekiwania. Śmieszne to trochę, ale udaję powagę, żeby go nie deprymować. Ważne, że zmierzamy do bramki.  Tak, auto widziane z boku już nie niepokoi. Żegnamy mroźną ulicę, witamy nagrzane ogniem z kominka wnętrza.

 

Reklamy