Tłusty czwartek zaczął się dla Joszka w środę. W trakcie przygotowywania sobie kanapek na kolację – ukończony pierwszy krok z książki kucharskiej: „ukroić trzy grube pajdy chleba” – zadzwonił telefon. Aby chronić się przed zabójczym promieniowaniem z kosmosu, mamy ściany domu wyłożone ołowiem. To co prawda chroni nasze zdrowie, ale zakłóca sygnał gsm, więc, aby pogadać swobodnie, muszę wychodzić do przedpokoju. W trakcie rozmowy mija mnie Joszko z masurianą – wrócili ze spaceru.

Jak to faceci, przez telefon gadamy tylko o konkretach, więc szybko mijają nam trzy kwadranse. Łatwo się domyślić, jaki jest tego efekt. W kuchni na stolnicy pusto. Joszko? Rozglądam się: żadnych okruszków, śladów śliny, pies znudzony u siebie na posłaniu.

– Schowałaś chleb? – pytam masurianę.
– Nie, nie było już czego chować.
Memory three, i wszystko jasne.

Trafiła mi się gratka po spacerze. Nie była to  co prawda wersja chrupiąca, ale ilość pozwoliła mi zapomnieć o jakości. Szybko, sprawnie, rzetelnie – do ostatniego śladu zapachowego na dywanie.

Czwartek

Dziwadło, które mnie karmi, w końcu zwlekło się z łóżka. Najwyższy czas na michę. Cały ranek jestem wodzony na pokuszenie. No tak, zamiast do kuchni, idzie do przedpokoju… Wpuszcza czarne zwierzydło. A ono coś ma w pyszczku! Doskakuję. Przysuwam swój pysk do jej głowy (to konkretne zwierzydło to ona) i, jak się spodziewałem, przytłoczona moim majestatem wypuszcza to, co przyniosła. Łapię i odchodzę.

Zabawka chyba jakaś. Lekko ciepła, dość miękka, elastyczna. Pogryźć, połknąć, bawić się? Upuszczam, łapię, badam organoleptycznie.

Z dalekiego końca kuchni, znad talerzyka z pączkami widzę w przedpokoju Joszka. Coś podrzuca, a ogonem wywija tak, jakby dostał nową zabawkę.

– Czym on się bawi? – pytam, bo masuriana jest bliżej.
– To mysz!

Trzeba mu niestety przerwać zabawę. Wstaję, po drodze biorę papierowy ręcznik. Mijam masurianę, które idzie po smakołyk na przekupienie Joszka. Myszy już nie widać, a psu nie drgnie nawet powieka. Wyraz pyska: nie mam pojęcia, gdzie to jest.

– Daj. Proszę, zobacz, co mam. – masuriana podsuwa mu pod nos smakołyk. Zadziałało. Joszko upuszcza mysz, którą ja niepostrzeżenie zabieram, jednym wyrobionym ruchem zawijając w ręcznik. Łatwo poszło.

Pączki

Na talerzyku masuriany leżą dwa pączki.

– A gdzie pączek dla Joszka?
– Tutaj: jeden dla ciebie, drugi dla niego – żartuję błyskotliwie.
– A ty ile zjadłeś? – masuriana bezlitośnie zmazuje uśmiech z mojej twarzy.
– Dwa. – spoglądam na dwa kolejne pączki czekające na mnie na talerzyku.
– Ile?
– No dwa, i dwa, i dwa.
– Czyli zjesz sześć pączków?
– Zjadłem sześć.

Joszko kładzie pysk na stole, więc koniec przesłuchania.

i-tak-lizne
Tak szybki jestem, że aparat ostrości nie zdążył złapać. I nikt nie zauważył, że mi się udało.

– Nie wolno. – masuriana uczy psa.
– Ej! – układam psa ja.

Joszko nie zbliża pyska do talerzyków, ale zamarł i hipnotyzuje wzrokiem brązowy, błyszczący pagórek.

paczus
Może to jednak dla mnie?

Nie pozwalają wziąć, może siłą woli uda się go ściągnąć na ziemię? Dzisiaj nie działa. Wwwow. Wwwow. Może się przestraszy, zeskoczy na ziemię, a tam to ja już dopadnę toto. A z mego pyska już nikt tego nie wyjmie. Zgryz nożycowy – pamiętacie?*
Nie udało się, ale Dziwadło zmiękło. Żarcie, micha, idziemy…


* Więcej o zgryzie nożycowym we wpisie „Zew krwi”.

Reklamy