Słupek alkoholu – czy to na pewno lepiej, że alkoholu, a nie rtęci? – pokazuje zaledwie dwa czy trzy stopnie poniżej zera. Odrobina śniegu przyprószyła ziemię, zbyt mało, aby był sens go zamiatać. W dzień będzie odwilż i załatwi sprawę za mnie.

Stop. Muszę sprawdzić. Stop.

Iść albo nie iść – oto jest pytanie

Krok za bramką Joszko wyhamował i zamarł. Wpatruje się w drugą stronę ulicy.

Jakby znajome stworzenie, ale coś się nie zgadza. Ostrożnie, skoro ja nie wiem co, to należy uważać. Ty Dziwadło tu nie strugaj gieroja. Skąd ja znam takie słowa? Czekaj.

W obniżonym wjeździe do garażu sąsiad mocuje miotłę na kiju. A może kij na miotle, trudno ocenić. Tym bardziej Joszkowi, z jego perspektywy widać tylko pół człowieka i pojawiający się chwilami nad jego głową kij. „Half man”, chwilowy Tyrion Lanister skończył osadzać to, co było do osadzenia i zrobił dwa kroki w naszą stronę. I w ten sposób stał się dla psa całym człowiekiem. Wymieniliśmy pozdrowienia. Joszko rozluźnił się i ruszył dzielnie na poranny obchód rejonu. A ja za nim na drugim końcu smyczy.

Przestało się dziwnie zachowywać. To tylko dziwadło z sąsiedztwa. Nuda, idziemy. No szybciej!

Zwierzydło nowe jakieś

Ooo, zwierzydło jakieś nowe. Prawie jak nasze domowe, ale inne jakieś. Spokojnie, powoli, zbadamy sytuację. Spokój. Pozycja, postawa, krok naprzód.

U sąsiadów na podwórku stoi jakiś obcy kot. Obcy dla nas i dla sąsiadów. Taki całkiem obcy, wciąż obcy … Joszko zbystrzał. Głowa do góry, pierś do przodu, jak u przodownika pracy na pierwszomajowym pochodzie. Robi dwa sztywne kroki w stronę ogrodzenia. Kot jest kilka metrów dalej. Nie ucieka, sierść mu się zjeżyła, wygina tułów w łuk, żeby wyglądać na większego. Stoi już na czubkach pazurów wszystkimi czterema łapami blisko siebie. Taki wygrzbiecony kot nie wygląda strasznie dla człowieka. Dla mnie wygląda raczej jak nieudany bukiet kwiatów. Może jednak w świecie zwierząt robi większe wrażenie.

Czuję jego zapach. Czuję strach. Zwierzydło jak zwierzydło, może zechce się pobawić. Nie mogę podejść, bo ogrodzenie przeszkadza. Może one zwierzydło podejdzie?

Nie podejdzie. Zestrachało się. Starałem się wyglądać przyjaźnie, ale co zrobić, kiedy siła i dominacja aż bije ode mnie?

Rozstania i powroty

Wracamy. Etap końcowy, choć to spacer zupełnie płaskim chodnikiem, przypomina Golgotę. Ciężko, pod górkę i szesnaście przystanków, stacji z przestojem i moją modlitwą w intencji dalszego ruchu. Jakoś nie działa. Czy kogoś to zaskakuje?

Tym razem będzie inaczej.

Co ja widzę?! Kumpel! Super! Już biegnę!

juz-biegne-2

Z naprzeciwka biegnie do nas zaprzyjaźniony pies. Z kształtów, proporcji i ubarwienia to berneński pies pasterski. Tylko jakby się we wzroście zatrzymał w wieku siedmiu miesięcy. Pisnął radośnie, biegnąc w naszą stronę, wirującym ogonem okazując szczęście. Bezimienny koleżka niewidziany już dość długo, kilka tygodni zapewne. Był wtedy nieco większy od Joszka. Teraz Joszko przewyższa go o głowę. I chyba ta różnica trochę go zdeprymowała, bo choć kotłują się w zabawie, to berneńczyk odbiega co chwila poza zasięg trzymanego ciągle na smyczy Joszka. Robi kółko wokół nas i znowu doskakuje, żeby się przekomarzać. Nie spuszczę Kiszka ze smyczy, to szczeniak i nie sądzę, abym był w stanie go odwołać, jeśli wpadnie na pomysł zrobienia wypadu z kumplem.

Jakiś mniejszy jest, niż pamiętam. Mogę go teraz przeskoczyć. No to przeskakuję. I odskakuję i biegnę, zawracam, skaczę, napieram, skręcam. Na niego, nad nim. Idziemy. Do mnie, na podwórko!

Mocno to niewygodne dla wszystkich, kiedy Joszko miota się na smyczy, ale „berneńczyk” śmiało wchodzi na podwórko. Zamykam bramkę i odpinam smycz. I kwadrans szaleństw bez mego udziału.

Wymięka już, jakiś bez kondycji jest, czy co? Wiem, że trudno mi dorównać, ale szkoda, tak rzadko się spotykamy … Dziwadło czegoś chce od niego, aaa …

Widzę, że gość ma już dość, ucieka od Joszka i szuka wyjścia. Separuję go i otwieram bramkę. Nawet „do widzenia” nie zdążył powiedzieć.

*

Taktyka „najpierw przeżyć”

Zbliżamy się do wybiegu z tym husky, który wytrzeszcza się na mnie od zakrętu i myśli, że skoro milczy, to ja go nie widzę. Idę rozluźniony, pewny siebie, to nie pierwsze nasze spotkanie. Szczeknął i rzucił się do ogrodzenia. Zawsze tak robi, myśli, że się przestraszę. Odskakuję z gracją, żeby pokazać, jaki mam refleks. Zataczam łuk – nieduży, nie chcę przewrócić Dziwadła na drugim końcu linki. Na moment przyziemiam i natychmiast, z warknięciem, odskakuję w bok, po łuku wracam do ogrodzenia, macham ogonem – może ten pokaz sprawności w końcu go przekona, że nie ma ze mną żadnych szans i zechce się powąchać przyjacielsko.

Husky jest spokojnym, przyjaznym psem, kiedyś go poznałem na ulicy. Przez ogrodzenie nie chce się zaprzyjaźniać z Joszkiem. A ten wyczynia swoje harce. Zdaje się, że taki taniec to naturalne zachowanie tornjaków. Unikają konfrontacji, walki. Ich taktyka to uporczywe nękanie z marginesem bezpieczeństwa. Zbliżać się na tyle, żeby nie ryzykować większego niebezpieczeństwa, ocenić szybkość, zasięg i siłę przeciwnika i naciskać, i kąsać,i męczyć, aż „przeciwnik” ustąpi. A uparte potrafią być.

Na pierwszy rzut oka to wygląda na tchórzostwo, ale głupio odważnymi bohaterami cmentarze są zapełnione. Po pierwsze – przeżyć. Takie racjonalne, pragmatyczne podejście. Warto przyswoić.

kolega-jakis
Nie, to nie husky …
Reklamy