Nasz dom. Ogród. Ulica. Rów i łączka przy nim. Ścieżka na tyłach domów wzdłuż rowu. Sąsiednia ulica, ta za rowem, przy sklepie. Chodniki wzdłuż szosy. Łąka nad jeziorem. Ścieżki w dole skarpy wzdłuż jeziora. Ta do cypla i ta do oczyszczalni. Wielki dom z dzwonami. Spichlerz. Olbrzymie pastwisko ciągnące się aż do lasu. Ulica, ta najdłuższa, gdzie spotykam znajome psy. Te przyjazne i te, które się mnie boją. To jeszcze nie wszystko, a jednak wszystko. Wszystko moje.

Odmienne stany świadomości

Stój. Coś słyszę. Czekaj, nie idę, słucham.

No tak. Kilka domów dalej ktoś coś robi, chyba na podwórku. Odkuwa lód, odśnieża może jakieś zaszłości. Pora nieco dziwna, bo już dobrze po 22, ale niezbyt to hałaśliwe czynności, więc czemu nie? Joszko uzewnętrznia swoją naturę. Przeistacza się ze szczeniaka w odpowiedzialnego psa opiekuna. Siada i nasłuchuje. Cicho powarkuje, czasami prawie szczeknie. Nie rozpoznaje dźwięków, więc jest mocno zaciekawiony.

Jego to ciekawi, a ja się nudzę. Stoję i jak zwykle w takich sytuacjach po głowie zaczynają mi hasać myśli z baśni tysiąca i jednego spaceru.

co-gdzie

On czuwa, stróżuje. To jego obowiązek, przeznaczenie, droga do potencjalnej chwały. Ja stoję. Oto ja – Strażnik Drugiego Końca Smyczy. Dbam o powierzoną mi pętlę. Pętlę na końcu smyczy. Kiedy poluzowuję, układa się w kształtny znak nieskończoności. Wtedy coś się zmienia we wszechświecie. Pozornie nieznaczące zachwiania entropii. Niuans współzależności …

Co ja pieprzę?! Czy ja mam dwanaście lat? Dobrze, że to tylko w mojej głowie. A może nie do końca…

Będziesz tak stał? – takie pytanie widzę w oczach Joszka, który siedzi już przodem do mnie i gapi w górę. Czy to politowanie wychyna z tych oczysk?

Cisza i dźwięk

Tak wiele dźwięków do przeanalizowania. Większość odrzucam natychmiast, bo znam dobrze. Na pozostałe trzeba uważać. W zasięgu wzroku bezruch. A tyle dźwięków.

Cisza. Mroźny, prawie bezwietrzny poranek. Ci, którzy mieli na szóstą do pracy, już pojechali, ci na siódmą jeszcze nie wyszli z domów. Słychać głównie chrobot zlodowaciałego śniegu rozgniatanego moimi butami. Joszko idzie bezszelestnie. Pustka, lecz Joszko rozgląda się, to przystaje, to prze do przodu, jakby w parku rozrywki był.

Widzę. Dziwadło obce. Niegroźne. Będę miał jednak na oku na wszelki wypadek.

Jezioro już chyba zamarzło, ale nie wchodzimy na razie na lód. Przy domach spaceruje jakiś człowiek, chyba na kogoś, na coś czeka, bo zawrócił. Idzie niespiesznie. Joszko go zobaczył, ale nie jest specjalnie zainteresowany. Do niektórych rwie się tak, jakby trzymali w ręce kawał świeżej kości, na innych poburkuje lub poszczekuje. Nie lubi zakapturzonych i poruszających się inaczej niż większość. Pociągających nogami, chwiejących się.

Joszko obwąchuje miejsce pod krzaczkiem, chyba mu pasuje do wypróżnienia się. Przyjmuje pozycję startową …

Uwwwarg! Uwwrrrg! Przemienił się, coś kombinuje. Uważaj Dziwadło. On się staje niepokojący. I ty tam uważaj – widzę cie!

No tak, mroźno jest i człowiek założył kaptur. I nici z kupy. Wszystko wróciło.

ostroznie

Zdaje się, że Joszko uznał okolicę, kilka ulic w pobliżu domu za swój rewir. Często jest skoncentrowany i czujny. Potrafi obszczekać kogoś wsiadającego do swego samochodu przed domem. Wcześniej tego nie widział, więc na wszelki wypadek daje mi znać, szczekaniem mówi: „Dawniej tak nie było, wiedz Dziwadło, że teraz dzieje się coś niedobrego, bo jeśli twoje dziecko czyta Harry’ego Pottera, to źle się dzieje…” – a nie, tak mówi tylko jakiś nawiedzony klecha. Porządne psy są mądre i rozsądne. Nie odbierajmy psom prawa do normalności. Nawet tym psom, które mówią.

Kończy się. Wiem to, znam przecież swój rewir. Jesteśmy już blisko domu. Zwlekam więc, bo w domu nudno o tej porze. Jedno Dziwadło przegania mnie z kociego azylu a drugie – to, które się mną zajmuje najwięcej – wyleguje się ciągle na tym wielkim, wysokim posłaniu.

Zwlekam, ale nie znaczy to, że jeśli się zatrzymuję, to bez powodu. A jeśli powód wymaga szczególnej uwagi, to warto też przysiąść na chwilę i wsłuchać się w przestrzeń. Może przynieść wiele odpowiedzi. I nowe pytania. O proszę – Dziwadło w końcu czegoś się nauczyło. Aż oderwałem się od dźwięków ulic, żeby zobaczyć z bliska jego pysk.

Jak zwykle ostatnie dwieście, trzysta metrów to jak spacer przez mokradła. Stajemy co kilka metrów, żeby się w bagnie nie zapaść. Joszko węszy i wsłuchuje szukając bezpiecznej drogi. Dzięki temu cali i zdrowi zawsze wracamy do domu.

Dobra, ale dzisiaj mróz jest, bagno zamarzło! Chodźmy. Joszko siedzi i słucha niesłyszalnego. Wpatruje się w coś, czego nie ma. Przykucam obok niego, żeby sprawdzić, czy tam widać coś więcej i słychać lepiej. Joszko lekko zaskoczony odwraca głowę w moją stronę. Siedzimy tak chwilę nos w nos. Nasze oddechy się mieszają.

– Nie pufaj mi tak prosto w oczy – i tym westchnięciem Joszko mnie wyprostował. Pokazał mi, że się chyba nie nadaję. Sam nie wiem, czy zaimponowałem mu, czy znowu się zbłaźniłem. Ale przynajmniej ruszamy dziarsko. Całe dwadzieścia metrów.

Reklamy