Wietrzna, wilgotna noc. Sześć stopni powyżej zera. Jak to w grudniu.

Byliśmy już dziś na dłuższym spacerze, więc ten ostatni jest tylko krótką przechadzką dla fizjologicznego spełnienia Joszka, naszego spokojnego snu i poranka  bez niespodzianek gdzieś na dywanie. W pobliżu domu, łączka przy rowie i zarośla nieopodal. Zbliżamy się do krzaków.

Czuwam, stamtąd czasami wraca ta czarna, która mieszka u mnie. Czuję, że coś tam jest… Fruuu! Odskakuję na bezpieczna odległość, a to niespodziewane głośne coś odlatuje.

Spłoszyliśmy kaczkę. Joszko też się spłoszył. Zrobił susa na długość smyczy i zawrócił, żeby sprawdzić, co to było. Zawsze na zdarzenie niespodziewane, zaskakujące tak reaguje. Szybko przywyka i uczy się. Wtedy reakcją jest już tylko ciekawość i czujność.

Kręcimy się w kółko. Dziwadło prowadza mnie ciągle w te sam miejsca. Już to widziałem, wąchałem, co nieco próbowałem… Oddalamy się i wracamy pod krzaki. Znowu zawracamy. Do chodnika. Do krzaków. Czego ono szuka? Znalazłem coś fajnego. Kłap i mam.

Zgnieciona puszka. Niefajna. Zostawię.

Idziemy powoli dalej. Węszę, zapachy kotłują się i mieszają. Stoję i rozglądam się nosem. Później sprawdzam wieści oczami. Coś czuję i widzę.

It’s alive!

Zapach znajomy, ale nigdy tak wyraźny. Muszę reagować. Głosem ostrzegam dziwadło, a później odstraszam to żywe w krzakach. Rusza się. Komunikuję wszystkim – głośniej, niżej, straszniej. Jestem wielki i groźny. I nie znam się na żartach.

W końcu zobaczył tego lisa. Łazimy w kółko już chyba z 10 minut. Lis cofał się i wychodził z zarośli. Przyglądał się, ciągle z bezpiecznej odległości. Wysokie trawy zasłaniały Joszkowi trzymającego się nisko lisa. Kierunek wiatru nie sprzyjał wyczuciu go. W końcu po wyjściu trochę wyżej pies dostrzegł ruch. Zaczął cicho burczeć, poszczekiwać z zamkniętym pyskiem, jakby z wnętrza. Coraz głośniej, coraz wyraźniej. Ogon poszedł w ruch. Pełnia szczęścia, spełnienie. Do tego się przecież urodził.

W słabym świetle lis wygląda na szarego. Może zmienia futro na zimowe? Ledwie go widać wśród traw. Tylko biały pyszczek odcina się wyraźnie na tle szarości, kiedy obraca się i patrzy w naszą stronę.

„Dobry pies. Dobry.” – chwalę Joszka i poklepuję lekko po boku. Jeszcze dwa kroki i lis znika gdzieś w leszczynach.

Reklamy