Wróciła mała czarna. Może się pobawimy w polowanie. Doganiam ją zwinnie i łapię w pysk. Tylko głowa i ogon wystają. Ona chyba się kurczy, bo coraz mniej jej wystaje mi z pyska. Przycisnąłem ją lekko do ziemi i … „nie wolno!” – znowu mi Dziwadła przerywają zabawę. Jak zwykle.

Hanutka zrezygnowana trochę chyba jest. Pozwala mu najczęściej na wszystko. Nie ucieka, nie broni się, nie prycha, nie syczy. W końcu jej krzywdę zrobi, choćby niechcący. Mistrzem delikatności i gracji nie jest.

Rudej trochę się obawiam. Ona się chyba mnie nie boi. Naszczekam na nią. Głośniej! Niżej! Głośniej … „Nie wolno! To nasz kot. Domowy. Nie szczekamy na domowe koty.”

Gadam jak zwykle pierdoły, udając, że Joszko coś z tego rozumie ale tak naprawdę to tylko odwracam jego uwagę i wyciszam emocje. Skuteczność doraźna i mizerna ale nie mam pomysłu na lepszą reakcję.

„Daj Puszku spokój, bo ci w końcu krzywdę zrobi” – tyle z wyciszenia, kiedy Puszkin przemknął do salonu. Moja interwencja pozwala mu przejść do kuchni – azylu.

Nie dadzą dziwadła ustawić zwierzydeł na właściwym miejscu hierarchii. Tyle pracy przede mną. A ten szary to najbardziej przesadza. Czasami nawet nie ucieka. Stoi i syczy. On syczy, ja szczekam. To mnie słychać – jestem górą! A nikt tego nie rozumie. Muszę coś przedsięwziąć, żeby nie być ciągle na szarym końcu.

Zwierzydła łażą do kuchni kiedy chcą. Siedzą tam, jedzą, mają ciągle pełne michy (wiem, bo jak nikt nie widzi to zaglądam i opróżniam je), uwagę i pieszczoty dziwadeł. Ja kładę się w progu – wszystko widzę, czuję zapachy, kontroluję. Zwierzydła muszą się przemykać obok mnie. Mnie, spryciarza, który centymetr po centymetrze wczołguję się bliżej zapachów. Długo trwa, zanim ktoś się zorientuje. A kiedy nie widzi nikt wchodzę do kuchennego azylu w należny mi z natury sposób i robię przegląd blatów, stołu, parapetu i stojących tam misek. Już nie raz mi się trafiła gratka. Kawał marcepanu, ogryzek, orzeszki, makaron, żelki. To łupy tylko kilku ostatnich dni.

kuchnia1.jpg

Obu dziwadłom często wydaje, że mogą decydować. Szarogęsią się, choć zęby maja tak mizerne, że ja wstydziłbym się wydać głos. Tupeciarze – nie mają krzty wstydu. Rządzą się.  Na razie. Oni miękną a ja rosnę. Rosnę! I czas mój nadejdzie.

 

Reklamy