Usłyszałem jakiś niepokojący brzęk. Spiesznie schodami dotarłem z mego sutenerowego, ups… suterenowego biura do przedpokoju. Robię tak wielokrotnie w ciągu dnia. Joszko czasami potrafi spać kilka godzin u szczytu schodów ale taki komfort mam sporadycznie. Najczęściej kilka razy dziennie wchodzę na górę, strofuję go za kolejny wyskok i sprzątam efekty zabaw. Ostatnio kilkukrotnie odbierałem mu noże, które podbierał sobie z blatu w kuchni. A sięga coraz dalej.

Cisza, spokój, nuda. Nuuuuda. Śpiący już nie jestem. Robię przegląd zapachów i smaków. Zawsze po drodze jest koci azyl. Dziwadła mnie stamtąd przeganiają ale kiedy ich w pobliżu nie ma mogę tam przecież przebywać. Wchodzę i … nic się nie dzieje. Jestem panem. Na ziemi nic ciekawego nie ma. Wszystko, co żywe już czmychnęło, robię przegląd miejsc położonych wyżej. Teraz już i na ziemi leżą różne ciekawe rzeczy …

Czasami na szafkach i stole trafią się różne pachnące zabawki. Dziś tylko miska i kilka smakołyków w niej. Smakołyki zjadłem, miskę wziąłem. I wtedy nadeszło dziwadło.

Tym razem minął mnie ze spuszczoną głową wychodząc z kuchni. Kuchnia to zakazany rejon. Kiedy my jesteśmy. I to nasz mistrz pozorów oczywiście dobrze wie. Od progu zauważam kawałki szkła na podłodze. Szybko idę do Joszka przestraszony, że wyniósł kawałek szkła. Na szczęście ten spuszczony do ziemi pyszczek skrywał tylko kocią miskę. To już mnie nawet nie złości. Rozumiem – ładnie pachnie. A że stoi wysoko na blacie? Cóż.

Zdobycz znowu został mi odebrana. Tak prosto z pyska? Może powinienem reagować? Bronić swego. Może czas się postawić? Dziwadło choć większe to nie wygląda groźnie. Nie warczy, nie gryzie. Ciapa taka jakaś.

*

Wczoraj sprzątałem szkła po rozbitej szklance. Dzisiaj, choć widać, że myszkował po stole (widzę w wyobraźni 22 kilogramową mysz na stole – ledwie się mieści) to miseczka stoi cała.

Dziwadło nie złości się. A spodziewałem się reakcji. W końcu jadłem bez komendy. Bez pozwolenia. Nie ze swojej miski. Ta dam!

– A gdzie są kamyczki? – słyszę po południu.

– Jakie kamyczki?

– Przecież rano jedliśmy, orzeszki w polewie. Prawie cała paczka została.

I wszystko jasne. Joszkowi posmakowały.

– Trzeba było nie dawać tego jednego na próbę. Nie wiedziałby, że toto jest jadalne.

*

Joszko ma już jakieś cztery miesiące. Ewidentnie zmienia się. Wydaje mi się, że zauważam zachowania bardziej zrównoważone. Ostrożność nie sprawia już wrażenia strachliwości. Hamulce nie są już przegrzane. Patrzy, uznaje, że i tak trzeba będzie wstać, więc wstaje i idzie. Teraz wyraźniej widzę zachowania, które ktoś opisał mniej więcej tak: „polecenie nie jest dla tornjaka rozkazem, to jedynie sugestia”.

Czasami próbuję go nakłonić słownie do działania: „idziemy” – staram się to powiedzieć jak najbardziej zachęcającym tonem. Obserwuję go. I czasami widzę w jego oczach taką zblazowaną, lekceważącą zgodę …

Dobra, pójdę, co tu będę tak sam siedział.

ide

Aż mi wstyd, że widzę w nim takie rzeczy. Przecież to szczeniaczek. W nim na pewno nie ma takich dojrzałych, ironicznych intencji. Dobra, co się rozczulać. Co tu znowu robisz?! Wypad z kuchni!

Reklamy