To proste jest i oczywiste. Czuję, że jestem stworzony do stróżowania. Zostałem powołany do tego, żeby chronić owce. I barany. Nawet te, które pałętają się kilka razy dziennie na końcu linek przypinanych do mnie przy każdym wyjściu z domu. Serve and Protect. Choć środki mam jeszcze mizerne, to robię co mogę. Czyli głównie słucham i uczę się. A barany oczywiście niczego nie rozumieją.

Niemal każdy spacer to próba charakteru. Pozornie jest łatwiej, kiedy pada. Szum deszczu robi dźwiękowe tło, w którym ukrywa się część niepokojów wstrzymujących Joszka. Czasami udaje się iść, omal jak na normalnym spacerze. A czasami mimo wszystko gdzieś tam, w oddali, w echu, pozornie bliżej, są strachy blokujące wędrówkę.

Słyszę. Kiedy poruszam głową to lepiej potrafię ustalić kierunek i odległość. Węszę. Na siedząco oczywiście, bo muszę być skupiony i dokładny. Więc siedzę. Stróżuję. Słucham. Analizuję. Zapamiętuję.

slucham

Kiedy siada staram się stworzyć pozory tego, że ja też chcę się zatrzymać. Odrzucam siłowe rozwiązania. Zapobiegam konfliktowi. Stoję i czekam. Sztuka Zen. Moknę. Nasiąkam. Przeciekam. Mógłbym go zachęcić patykiem ale to jest rozwiązanie zarezerwowane na chwile pośpiechu. Teraz mogę zaszaleć twórczo. Milczę, bo na 90% nie poruszy go żadne przymilne (o ile ja potrafię mówić przymilnie) „Joszku”, ani ciche „idziemy”, ani zdecydowane „Joszko do mnie”. Nie będę sam siebie upokarzał już na starcie tego starcia. Czuję koszulę przyklejająca się do pleców.

A baran zaczyna swoje tańce. Przebiera nogami gdzieś tam na końcu smyczy, na szczęście nie szarpie i nie podryguje zbyt dziarsko. Nie rozprasza mnie. Czuwam. Słucham.

Zaczynam ćwiczyć improwizowane Tai Chi na końcu smyczy. Dziwacznymi ruchami, krokami, obrotami próbuję wybić Tornjaka z tego stoickiego kontemplowania świata. Z boku muszę wyglądać jak kretyn, który robi jakieś dziwaczne wygibasy uwieszony smyczy z siedzącym psem na drugim końcu. Czasami to działa. Sporadycznie. Lepiej działa taniec świętego Wita ale wtedy mamy już zabawę i nic z tego nie wynika, oprócz kolejnego doświadczenia klęski i poniżenia. I to nie Joszko tak się czuje.

Cisza. Przejdę chyba na ten trawnik, gdzie można pyszne kupy znaleźć a mech też jest niczego sobie.

Wreszcie podniósł tyłek i robimy parę kroków w przód. Do trawniczka. Pac i leży. A niech tam. W końcu ja tu jestem zwierzęciem szczytowym ewolucji. Nie położę się ale przeczekam. Co tam przeziębienie, katar, kaszel, jakieś zapalenie płuc, muszę swoja dumę ratować! On leży, ja stoję. Ręce splotłem na piersi – niech widzi, że ze mną nie ma żartów. Ohm, ohmm, ohmm …

Reklamy