Tak zwykle wygląda w filmach moment wybierania zwierzaka. Któryś ze szczeniaków, kociąt czy innych maluszków całym sobą krzyczy „weź mnie, weź mnie”. I podobnie było z nami. Był jeden, który przedzierał się przez rodzeństwo, docierał do rąk szybciej. Siłą, po grzbietach. Podstępem, dookoła. Sprytem, między nogami. Nie on jednak będzie narratorem tego wpisu.

Wołali na mnie – chyba na mnie, bo w tym zamieszaniu pewien nigdy nie byłem – Franek. Okazało się jednak, że w papierach mam Joshua. Dżoszuła? Gdzie ja jestem? W meksykańskiej telenoweli?

Wzięli mnie i zaczęli nazywać Joszko. Całe szczęście.

Joshua. Jehoszua. Jeszua. Jozue. Jezus. Różne wersje tego samego imienia. Symbol nieugiętości i wierności. Pasuje.

Dziwadła

Dziwadła jakieś. Kuliłem się, przyczajałem, miałem nadzieję, że mnie nie zauważą, że przeczekam, Tu mi dobrze, nigdzie nie chcę jechać. Świat bywa głośny i zaskakujący. Po co mam się stad ruszać? Zamiast wziąć któreś z mego rodzeństwa, to wzięli mnie. No cóż, całe szczęście, że pozwolili mi spać do woli. I było pod nosem podgardle do obgryzania. Przeczekałem te kilka godzin podróży. Nawet te kilka postojów, na których próbowali mnie skłonić do tego, żebym się wypróżnił. W obcym miejscu?! Nie ma mowy. Nie muszę, nie będę. Twardy, choć puszysty jestem.

Może chory jest? Stres? Ale podgardle żuje. Przecież nie z nerwów.

Powtarzam. Świat jest głośny,  niepotrzebnie zaskakujący, więc po co się ruszać ze spokojnego, przytulnego miejsca. To tutaj jest jedzenie, to tutaj zabawki. Miejsca dużo, to i robić pod siebie nie muszę. Ale to dziwadła jakieś. Zabierają mnie ciągle gdzieś. Są więksi, silniejsi i w sumie krzywdy mi nie robią to nie opieram się za bardzo. Bo i po co? Nie wygram a się zmęczę tylko.

Spokojny jest niesłychanie. Chory może? Weźmiemy go do weterynarza na pierwsze bezstresowe spotkanie. Niech mu się wyjazdy tam nie kojarzą źle od pierwszego razu. Pogadamy, załatwimy formalności. Wrócimy.

W czarnej dziurze

Miejsce fajne. Zapachów mnogo i blisko, nie jest to męcząca wycieczka. Gadają, gadają, macają mnie, macają. Aż ktoś mi wsadził palec w tyłek! I grzebie! No proszę, jakże to tak? Przestali. Zestawili na ziemię. Spokój w końcu. Czego tam szukali? Przecież parę razy dziennie wyrzucam z siebie to, co tam się pojawia.

No tak. Zatkane gruczoły. Trzeba wyciskać. Bezstresowa wizyta w pełnym wymiarze. Na szczęście Joszko niespecjalnie był poruszony zabiegiem oczyszczania gruczołów okołoodbytowych. Podoba mi się taki stoicyzm. Parę minut jeszcze rozmawiamy, pies spokojnie na podłodze stoi. Nie, nie stoi, leży. Zasnął.

Pod ogonem luźno, wokół ciepło, cicho. W sam raz, żeby uciąć sobie drzemkę. Właściwie to zawsze jest dobry czas, aby się drzemnąć.

Leżę i co mi zrobisz?
Leżę i dziamgolę, i co mi zrobisz?

Reklamy